przed wyjazdem piłując zaschnięte korzenie aż po krwawiące kolana zastanawiałam się czy to wszystko właściwe jakby bez początku i bez końca gubiłam niemiłosiernie słowa. leniwie, acz z machinalną dokładnością zwijałam kable pod stolik jakby to była część świętego rytuału potem obejmując ręką sukienkę przysuwałam się do ekranu zupełnie jak pianistka przygotowująca się do gry na instrumencie a przed dotknięciem klawiszy długo i powoli wycierałam kurz z klawiatury poprawiałam zbyt długie już włosy prostowałam z gracją kręgosłup świdrując skupionym wzrokiem ekran jakby to wszystko w czymś pomóc miało. i nic. nic nie miałam do powiedzenia a wstyd mi było pisać o niczym. a potem był już tylko czas błogiej nieświadomości setek kilometrów przed sobą i za sobą, słonecznych dni o zapachu słonej, opalonej skóry, monumentalnych pierścieni i łańcuchów gór, opętanych bosych tańców w trawie, mistycznej muzyki i hipnotyzujących obrazów, nieśmiałego trzymania za rękę, obcych słów a znajomych uczuć i w...