Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2014

kobiety elfy

słomiana wdowa stoi pośrodku łąki coś jej się tli dwa kocie ciałka grzeją mi podbrzusze płytko oddychając Cyryl pachnie suchymi liśćmi, Tekla nosi w sierści zapach ziemi a w rynnach dudni zwiastun jesieni, wybija nierównomierny rytm tej chimerycznej pory mojej ulubionej utkanej sentymentami i piękno-bolesnymi wspomnieniami jak mżyło i sipiało w różowe policzki, gdy tor po torze dreptałam z gitarą na grzbiecie do naszej kanciapy jak on wytarł jednym ślizgiem mokrą od deszczu ławkę w kuźniczkach jak wracając z ujeściska uświadomiłam sobie, że to światło jest takie mistyczne a moje życie dzieje się teraz jak owinięta warkoczem szali przesiadywałam na skarpie z przyjacielem słuchając muzyki z białego głośniczka i przypatrując się dwóm oponom w dole te wszystkie przesiadywania w mieniących się lasach, ukrywanie się w liściach przed tykaniem zegarów. całe cudowne liceum, pełne namiętności, pasji i artyzmu studia z całym tym zaniedbaniem i załamaniem nerwowym, oddalaniem się i ...

rewolucja raz, poproszę

drodzy państwo, dostaję pierdolca fajne z niefajnym mi się miesza a w głowie paranoja. od czasu do czasu przyszywam żywcem do swej skóry cudze tożsamości potem zrywam zanim ropa popłynie splątanymi żyłami. zimno mi w głowę, przeciąg w niej mam wietrzą mi się słowa, ziębią pomysły przewijają taśmowo jakieś sztampowe hasła ponowoczesności pachnie rdzą a coś cicho acz złowrogo brzmi pod ziemią jakby wulkaniczne erupcje napinające glebę, aż ta starczo zmarszczy się pęknięciami. ja potrzebuję REWOLUCJI jak amerykanie taśmowego oświecenia w indyjskich pensjonatach z medytacją o kalifornijskim akcencie chcę islandzkiego włóczęgostwa pooddychać gazem ziemnym, skaleczyć się zacinającym deszczem. wrócić, odżyć, umrzeć ponownie i powyłamywać sobie palce pisząc, co mi w duszy grzmi. low roar - i'll keep coming kurwa, zacznij się.

przyszłość

eddie gale - rain moje ciało stało się mi znowu obce, noszę je jak ciężki kombinezon przytwierdzony do kręgosłupa. już na poziomie wegetatywnym zostało coś rozregulowane, zaburzył się mój rytm wewnętrzny, choć teoretycznie żyję według tarczy zegara. tfu, raczej elektronicznego tykadła, przecież wszystko dziś musi być wirtualne. czuję, że moje ciało nie kontroluje swojej ciepłoty, rozleniwiło, bądź zbuntowało się na tyle, że nie produkuje ciepła na swój użytek. wszystko pochodzi z zewnątrz. jestem bezwładna jak papierowe origami rzucone na wiatr. żołądek natomiast jest wyścielony plastikową folią, przy czym zachował elastyczność na tyle, by ściskać się jak gąbka. a może właśnie jest to zaprzeczeniem giętkości, bo stan ten nie ustaje. i myślę sobie, że gdybym używała klasycznego zegara i funkcjonowała według jego tarczy, to byłoby jak dzień świstaka. wstaję - piąta, wracam - piąta. te same buzie w dusznym autobusie w każdą ze stron, niezmiennie idiotyczne i irytujące rozmowy podczas j...

grafomania

za mną gorszy okres czas tak cichy, aż nie zauważony przez nikogo nawet przeze mnie. jest on wypełniony gorszącym, w dobie produktywności, lenistwem leżeniem od świtu do nocy oblepiona tłustymi strąkami włosów i męczy to, jak noszenie na swym grzbiecie wstrętnej świni ważącej setki kilogramów. przez te dłużące się dni prześledziłam swoje życie od początku do końca, zawracając parę razy zajęłam się przy tym swoistym niebytem, zwykłym trwaniem stałam się czasem tak, czasem. potem przyszedł moment nienasyconego chłonięcia zmyślonych, acz tak realnych przestrzeni były one jedyną gwarancją pięknej podróży, gdy życie staje się tak rozczarowujące. to takie chwile błogiej i zachłannej samotności tworzy się w swoim egoizmie świat tylko dla siebie, a w tym rzeczywistym nie ma po nas śladu. matka dyplomatycznie by to ujęła, "taka twoja uroda" miast powiedzieć, że jestem jak waza, która zalana wodą pęka wzdłuż swojej najgłębiej wyrytej rysy dla mnie to swojego rodzaju m...

milczenie

in this land there are only two gods: love and water   styczniowy poranek powinien oślepiać, tego roku było to lustro wyglądało zza sterty przedawnionych kalendarzy pustych butelek szampana nadszedł nowy rok na najszerszą z gdańskich ulic i najwidoczniej będzie on po to, bym mogła się sobie przyjrzeć z dnia na dzień wszystko oddaliło się od siebie o przepastne kilometry serpentyny dróg całą azję. mówi się, że początkiem pewnych podróży jest parę kroków w tył zapiszę to na brzuchu co by nie odwrócić głowy wraz z kierunkiem swego dreptania choć zawsze lepiej się potknąć, niż zastygnąć między słomą w ścianie starej kamienicy powolnego miasta. cocorosie & devendra banhart - brazilian sun a to wrzeszczy mi w uszach z końcem letniej pory pamiętam zapach tamtego mieszkania i pięknie rosnącą bazylię w hałasie rannych autobusów choroby dzień trzeci, tak piękny na zaśnieżonej wsi półki zapełniają się słowami, uginają pod ich cięża...