Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2012

słownik

There's something not quite right about this. I'm not sure what, but something. chciałoby się myśleć. cała trudność polega na tym, że zrobiło się łatwo kunszt samoutrudniania doprowadził mnie do bladej rozpaczy ze szczęścia. poruszam się po omacku w tej definicji leksykalne rusztowanie nie jest już dłużej oparciem. najzwyczajniej w mojej głowie nie powstały konstrukty, które byłyby tak bezdenne, by to wszystko pochłonąć. i mam wrażenie, że nie kochałam nigdy nie znałam tego ogromu, który obezwładnia zarazem, jak i nadaje rozpędu to przepastne uczucie rozlało się we mnie ciepłą falą szaleję. dwa duszne lata, żeby wyczyścić głowę przejeść się marną historią, by potem ją wyrzygać na własne buty nie zamieniłabym ani tchnienia na inny ruch inną wariację w swej przestrzeni bujam się z rozstawionymi ramionami zamykam oczy i tańczę przytulam to, co moje chłopaku, to jest ta totalność. chcę być tuiteraz, amen.

melodrama

zabawne, jakiś czas temu zapisałam, że zawsze jest jakieś wiadro wody tudzież kwasu w tę albo tamtą, ale jednak. nie widziałam tego przez zaparowane soczewki, zadymioną głowę. mgła musiała ułożyć się w trawie, żebym mogła w niej moczyć stopy podejść pod walijskie wzgórza i odetchnąć pełną piersią uśmiechać się do morza and there's no tragedy in that należało się rozliczyć z upiorami, żeby dojść do prostego wniosku że zasługuję na dobrą osobę i taką jestem też ja. melodramatycznie raz ciągnie, raz wije się czas jesień znowu pachnie liśćmi, zamiast dławić zgnilizną niebo jest jogurtowe, albo cudownie miodowe, już nie bure, ni stalowe śmiech zamiast trzeszczeć i pękać w uszach, wydaje się być melodyjny a ludzie mają gładsze twarze. długo maszerowałam ramię w ramię z goryczą i paroma jej kolegami minęły dwa kalendarzowe lata znowu czuję, że ten świat jest mój. Glen: Well, you know what it's like when you first sleep with someone you don't know? Russell: Ye...

wings of desire

a co, jeśli naprawdę już nie mam nic do napisania? zawojowałam i dostałam to, o co krzyków było tyle cykliczne wołanie o pomstę do nieba zamieniło się w regularny, spokojny senny oddech. jestem zadowolona, a usta rozchylają mi się w uśmiechu na czole wygładził się grymas złości mylony tak często ze skupieniem. patrzeć na siebie w lustrze, to myśleć a ja trochę nie poznaję tej mimiki. brzmi mi w uszach dzisiejsze pytanie, jak to jest być żoną pisarza a ja pytam, jak to jest żyć jako kochanica słowa. wiem, że to wiecznie nienasycony układ ciągłe zdradzanie z wyimaginowanym światem, którego pragnie się bardziej, a nie zaspokaja nigdy i obijanie się o raz pretensjonalną rzeczywistość, a kiedy indziej zupełnie trywialną to życie niemożliwe znowu bycie "pomiędzy". znów dochodzę do tego samego wniosku, spotykam się z tym pragnieniem jak ze starym znajomym. widząc go z daleka wiem, o czym będzie rozmowa zanim podam mu drżącą z podniecenia rękę uśmiechnie się znajomo ...

tam i wtedy

zawsze byłam lekka, dlatego obijałam się o ściany wystarczy zmienić perspektywę i zobaczyć w tym lotność więc mknę. płynę, płynę jak falą niesiony liść harmonia. krakowskie uliczki doprowadziły mnie na miejsce, które okazało się najwłaściwszym o tym czasie, choć momentami zaczynałam w to wątpić. znalazłam grzech pierworodny właśnie tam, a on jakby na mnie czekał, by o sobie przypomnieć i pozwolić odkryć się na nowo. badam go stronę po stronie, pożółkłe karty pachną przeszłością moją, twoją i wszystkich tych ludzi, którzy trafili w swoim życiu na tę biblię. moja dusza grzesznie rozdziewiczona, była jak ongiś gładka forma, zarysowana miejscami a teraz sama rzeźbię w tej bryle i paradoksalnie - staję się pełniejsza. tworzę się. jestem sentymentalna. jakkolwiek nie było, zawsze wiedziałam, że lubię moje życie właśnie takim, jakie ono jest. z tymi wszystkimi lukami, niedociągnięciami i przerysowaniami. nic nie jest błędem, nawet jak najprostsza logika na to wskazuje. uśw...

happiness is a warm gun

no popatrz, znowu to śpiewam w lustro she's not a girl who misses much uzbieram kartony i cicho poukładam słupki książek parę płaszczyków i białe lakierki do swingowania pusty zeszyt, kończący się kalendarz wieczne pióro i te wszystkie kolorowe szkła, czekające na zlepienie jak i ja. mam w głowie przeciąg teraz pytanie, kiedy zaczyna się dusić z nadmiaru tlenu bo można, prawda?

środek

woda na zdjęciach wygląda jak galareta środkowa część życia czas po etapie, gdy nie możesz zrobić niczego dla siebie i przed etapem, gdy musisz robić wszystko dla innych. mam zakorkowaną głowę, acz udało mi się ją trochę wyczyścić. częściej piszę piórem, aniżeli stukam w klawisze, co powinno zwiastować coś dobrego - znowu zaczynam być bardziej dla siebie. nie zrywam się nocą w nagłej potrzebie wykrzyczenia, by wygnieść klawiaturę, bo przecież szybciej, mocniej, bardziej. myślę wolniej, spokojniej i pozwalam sobie na czas na słowa, które wybudzają się jak ze snu i formują koślawo na liniach. nie wiem jeszcze, czy chcę pisać w pionie, poziomie, a może na wspak. niemal zapomniałam, jak się trzyma mojego wysłużonego, srebrnego parkera, który z początku mrozi mi palce jak sopel lodu, a potem spolegliwie przybiera temperaturę mojego ciała. w całym tym rozpoetyzowaniu zapomniałam o dosłowności, która bywa przecież kluczowa. chodziłam między słowami jak we mgle, sama tracąc z oczu m...

śpiąc z baudelaire

noc mnie zapładnia. po długim niebycie niepewnie stawiam litery patrzę jak ich kolana drżą, koślawią własne kroki wypadają z bieli ekranu i kapią na podłogę jak ten przeraźliwie chłodny deszcz za uchylonym oknem. tańczące złowieszczo trąby powietrzne kładą szeregi leśnych drzew, niczym potulne szczeniaki do snu są jak wiedźmy pędzące na sabat. a ja, kochanica Baudelair'a cicho śnię o lepkiej zgniliźnie i cuchnącym rozkładzie zawszonej pościeli ciepłej od krzepnącej krwi. odsysam swoją energię, mój potencjał mętnieje blednę zasypiając tu kolejnej nocy. wypalane zdjęcia sprzed lat niosą ze sobą chłodną wiadomość hiob szepcze do ucha równocześnie gładząc moje znów krótsze włosy lata mijają, oddech się spłyca a ja wciąż nie wiem, albo nie mogę wierzę zbyt słabo. skręcam druty na własnej głowie i nastawiam częstotliwość na znajomy program i mówię, mówię, plotę trzy po trzy od początku to samo wyrzute zdania, wyblakłe sytuacje i recytowane dialogi wymiotuję ...

dziecię kwiat

uf szeroko rozsuwam klatkę piersiową, niczym okiennice pękające kręgi wybijają rytm pęcherzyki świszcząc pęcznieją, głodne tlenu w swojej zachłanności jestem jak gąbka wysycona wodą i ten stan wydaje się nie mieć końca czystość ot tak, po prostu, naturalnie. chłonę, tętnię, moje ciało oddycha wcześniej oblepione folią hurtowe paczkowanie, mentalne skrępowanie nie zarzyguję się do środka. wgryzam się w mięsisty miąższ arbuza, spijam nektar lekkich myśli błogo wyciągam ręce w kierunku słońca, które jest moje, razy dwa nie dzielimy przez przypadki, to zbyt niezrozumiałe dla naszej bajki. i nie otwieram oczu, bo wiem, co zobaczę uśmiecham się przez sen, patrzę przez całowane powieki wszystko jest na swoim miejscu, bo mnie tam nie ma puk puk gdzie się podziałam? wiesz, że nie tęsknię? dziewczyno, to jest właśnie dziecię kwiat. czasem nocą robi mi się zimniej, nawet w tym dusznym pokoju jak tego popołudnia stojąc w korytarzu i obsypując pocałunkami marszczące się ju...

another tale

nie analizuj, żyj belgia, ekwador hawajeoslo i porto w porcie w porto. historii tej nie opowiem, tylko schowam w kieszeni z zarumienionym uśmiechem na te głuche, niekończące się wieczory przy buchającym ogniu z kominka gdy będę bujać się na trzeszczącym fotelu i odtwarzać obrazy z mojego życia dla głodnych opowieści młodych oczu. un petit lapin jest nim tylko, gdy ma czym oddychać lubię to nasze zaskakiwanie. zakładam za ucho kosmyk o kolorze sangrii, a inny przykrótki odstaje fikuśnie zauważam raz kolejny, że moje oczy błękitnieją z każdym uśmiechem, gdy płyną między linijkami listów w obcych językach i znowu mogę mówić po francusku incroyable!

dom

Edward Sharpe & The Magnetic Zeros - Home uśmiecham się o niczym wątrobą lubię oślepiające słońce sunące rankiem wzdłuż rambli, do placu imprerial wewnętrzne tykadła, mówiące hiszpanom, kiedy równomiernie przejść na czerwonym. lubię lodówki wypełnione owocami morza i starożytne ruiny doskonałych rzymian sangrie w kartonie, opalanie na balkonie w lutym domy bez kaloryferów, w których słychać żywo dysputujących sąsiadów oczywiście o piłce nożnej. - szemrzący, czyli jaki? jak to rozumiesz? - wydający szemrzący dźwięk - ale jaki to? - no taki cichy szmer, taki cichy hałas - bo mi chodzi o taki, co wydają twarde skrzydełka owada, jak on pada na podłogę i się mota, a ulecieć nie potrafi - ale skrzydełka błoniaste, czy chitynowe? - chitynowe - to może być szemrzący - a co się dzieje w ulu? - bzyczą, w ulu - ble, to takie agresywne ktoś na mnie poluje, a ja chowam się niczym zwierzyna zdradzając przyśpieszonym oddechem. pomieszanie z poplątaniem przestaje być moj...

=

jeśli nie narzucić sztywnego ordnungu albo-albo, okazuje się, że nie ma oślepiającej bieli ni nicościowej czerni wszystko ma po prostu odcienie zjawiskowej szarości jak odwieczna zagadka mieszania kolorowych, nasyconych barw, co zawsze w rezultacie dawało szarą wodę po farbkach. i pytam, en serio , czy życiem można aż tak się zachwycać? czy ja po prostu dryfuję kilka sentymetrów ponad chodnikami odurzona nieznanym dotąd narkotykiem aplikowanym z każdym tchnieniem bezkresne przedawkowanie szaleńczy entuzjazm chet faker - terms and conditions zaślubiny piachu z wodą są innym duetem w obliczu potęgi oceanu rzewny płacz napędzany wzruszeniem odpowiada na pytania o słowo, którego szukałam czyściec . nie mogę ostatecznie siebie potępić, ani doznać wiecznego zbawienia jestem pomiędzy zawieszona w życiowej chłodni, jak mięso na ciężkich stalowych hakach. mój emocjonalny przekrój daje marny obraz zahukania, wstydu i palącej frustracji łatwo zamienianych w ciężko znoszoną nien...

parallel universes

- co będzie potem? - nie wiem pewne rzeczy po prostu nie mijają jedynie noszą w sobie potencjał zmiany w marnym geście pocieszenia. wryte w mięso ciężkie kajdany pewnego dnia zrastają się z kośćmi są potem jak toporna i brzydka biżuteria, której nigdy nie ściągniesz zapominasz o niej czasami, by znowu odkryć znudzenie że nie byłam wtedy tym, kim teraz chcę bym była. ale czy to ma jakieś znaczenie? pomijając, że poszukiwany klucz leżał na dnie mojej kieszeni to drzwi nigdy nie były zamknięte puk puk, niespodzianka. zajęło mi to połowę moich tchnień które winnam zamienić w słowa, a te w rozmowę dwojga ludzi całych tłumów szemrzących o absolucie, który można dotknąć i posmakować. tych niebanalnych ludzi spotyka się w życiu parę razy, w najdziwniejszych momentach i zawsze takich oni - drażniąco surowi, bezkreśnie autentyczni i powyginani w abstrakcyjnych pozach wywróceni na drugą stronę lub zwinięci do środka są jak chodzące dzieła sztuki niemyte dusze unikaty. trwam w kojącym wzruszeniu p...

głębiny

wyjechałam. każdym centymetrem swojego ciała i każdym gramem swojej duszy. odcięte pępowiny przestały krwawić a rany zamieniają się w strupy koloru brandy i wiem, że pod tą powierzchnią jest delikatna różowa skóra . chyba tak naprawdę poczułam swój wyjazd, fizyczny i mentalny, dopiero w momencie, gdy całkowicie i niedoczekanie rozpakowałam swoją walizkę. targałam ją z miejsca na miejsce przez ostatnie dwa tygodnie bycia w świadomości nie posiadania swojego kąta. kiedyś podziwiałam ideę posiadania stu rzeczy, jednak wydawało mi się to niewykonalne i niezwykle ascetyczne. był to akt poświęcenia. teraz widzę, że w pewnych wymiarach jestem święta i zamykam się w połowie tej ilości. zasiedlam swój pokój, nadaję mu charakteru, a w kuchni gromadzę ulubione przyprawy. jestem ciekawa kolejnych dni, mniej i bardziej ważnych wydarzeń, kryzysów, gdy walę głową w mur i radości wykrzyczanych w przestrzeń, wyśnionego życia aniołów , które rysuję sobie na wzór mar sennych i wszystkich wyczytanych, wys...

mała kobietka

gdy tak biegam między kolejnymi linijkami w grafiku, nie mam czasu poczuć tej słonej nostalgii ani niepokoju o zapachu oceanu. w moim stylu jest pakowanie siebie w kilka minut w jeden poszarpany plecak bez zbędnych wzruszeń, czy rozważań po prostu zwinąć życie w tuzin ruloników. w głowie mi elfie oczy i przerażająco głośne nuty pompuję muzykę do mojej głowy żywię się pięknem, to moja belle epoque ona zaczyna się od machania chorągwią w geście kapitulacji a na niej drobnym drukiem napisałam, że surowość zamienia się w krytycyzm. i rysuję granice, nowe mapy ja-nieja bo to nie twoja sprawa, a ja spowiadać się nie muszę niczemu poza wiecznością w samym środku tego, co dopiero uczę się nazywać. ej, jestem dorosła i zaczyna mi świtać, co robię. nie budzę się w pokoju o pruskim błękicie na ścianach austriackiego wspomnienia które pięknie mi brzmiało i prześladowało nawet w tej z najpiękniejszych stolic bezwstydnie stercząc na szczycie skrzyżowania. teraz mogę wplątać włosy w pstrokaty turban ...

my, egzotyczni

istne tropiki coś jest ewidentnie nie-tak po linii prostej a przecież nic nie musi być logicznie jak ten policzek stojąc w parkingowej kałuży, kiedy spadł pierwszy śnieg przebijające się przez dym tytoniowy między dwojgiem ust 'ty mnie kochałaś' - oskarżenia potrafią być ciepłe jak mleko, które powinno przynieść sen na spuchnięte powieki. uparcie nie przychodzi. wygodnie oprzeć się o cudzą słabość ubrać silikonowe rękawiczki i poprzestawiać wyrzuty sumienia jeszcze wygodniej jest siedzieć w fotelu i patrzeć na te zabiegi ustawiać pionki tak, jak stać powinny według wizji niemojej ktoś o inną pytał? rozpoznałam kiedyś w sobie przyjaciela kochanka poezję. i'm your passenger.