Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z listopad, 2011

mogłabym

jak już powiedziano jest rzeczywistość i rzeczywistość. nie wiszę pomiędzy, nie mówię o sobie w liczbie mnogiej, ani osobie trzeciej jestem blisko, choć prostuję łopatki na ścianie i liczę oddechy jestem wciąż pewniej rysowana grubym konturem senny szkic wyraźnieje, jak postaci wyłaniające się z mglistej powłoki. czas jest dobrym sposobem na wszystko więc czasuję się tik tak biegnę po tarczy przeskakując wskazówki czasem wdycham strute chemią powietrze tylko na własną odpowiedzialność. odkrywam proste prawdy jak to, że oczy iori są od płakania a każdy nowy dzień po to, by się cieszyć. powtarzalność wcale nie jest morderstwem to dopiero kicz wymierza policzki. wiem już, że bywam zmanierowana w swojej obsesji szukania absolutu a to tu, całkiem blisko w skórze, którą zamieszkuję. dzisiaj spojrzałam nieznajomemu głęboko w jego przymglone oczy bezwstydnie zawiesiłam na nim wzrok w kołyszącym pociągu i pomyślałam sobie na granicy bezwiedniości, że ja mogłabym ko...

witaj, pająku

noce roją w sobie ten złowieszczy, martwy spokój, który jeży na skórze szeregi drobnych włosków wtulając się w morfeusze ramiona wydycham melodie subtelne i mdłe, duszące w barokowej dostojności nieufnej i dziwacznej. nie czuję ani zimy, ni jesieni zawiesiłam się w czasie, gdzieś między zapachem brzozy i ciepłem piasku pod stopami. targam coraz cięższe od rozlanego atramentu notesy, a mój krzyż cierpi i płacze gdy nogi uparcie zrywają się do biegu coraz szybszego, bardziej nieludzkiego. i tak groteskowo poganiam sama siebie, żeby być lepsza właściwsza mojsza. noszę w sobie smutek tak głęboki i palący, który nie mógł zamienić się w nic więcej, ni mniej, jak soczystą pogardę rozbuchaną wrogość syczącą jak palone młode drewno języki wyniosłości liżą każdego po kolei, by zostawić swąd i pieczenie jako pamiątki zaprzeszłego kochania. można ścielić łóżko machinalnie, każdego dnia każdego kochanka jednak niedobre sny wracają, a jak się okazuje schowek na buty nigdy nie został zapomniany metod...

western

w szkole podstawowej zadawano pracę opiętą w pytanie 'kim jestem?' dzieci w swojej rozkosznej prawdziwości rozpisywały się koślawymi literami, co tuszu w piórach o wygiętej stalówce jednym ciurkiem, bez zastanowienia rozkładały na kawałki swoje ja linijka, za linijką, broń boże w kratach więzić słowa pamiętam śmieszne b, z frędzelkiem na brzuszku, którego już nie używam i równie dziwne wielkie G, dziś zastąpione drukowanym krewnym. dzisiaj wiem, kim nie jestem bo przecież uczymy się wiecznego zaprzeczania, protestów głośnego: NIE, NIE MASZ RACJI jednak gdy odwrócić pytanie, pozostaje głucha cisza od czasu do czasu przerywana nierytmicznym kapaniem w swądzie wilgoci i niby sączą się wrażenia zbyt subtelne, by zrozumieć, czym są naprawdę. ściągam rękawiczki i na palcach jednej ręki potrafię policzyć role, które odgrywam dla innych zaszczepiamy sobie podprogowo pewną wiedzę, wcześniej niewidzianą, acz przyjętą za pewnik jakby to be continued, ale w drugą stronę. k...

the other i

wszystko się odbylejaczy jeśli w ogóle takim mogło kiedykolwiek być niekiedy warto stanąć przed szarą ścianą, by wyjaskrawić swoje ja czasem nawet wypiąć się w szeregu ludzi innych i usłyszeć to przyjemnie niepokojące - boję się ciebie. ja też. zaczynam rozumieć, że moja bolączka to nie rozcząstkowanie, ani surowo brzmiąca niekompletność. to nic innego, jak rozbudowane systemy skrzętnie uwiązane w pełne alter ega, niezależnie funkcjonujące persony, wijące się wśród pajęczych sieci, aby nie skrzyżować dróg. the other i. tak więc wszystko melodyjnie rozbrzmiewa, pieści harmonią, dopóki grafy na siebie nie nachodzą i nie tworzy się zbiór wspólny. potem już tylko pozostaje zagryzać wargi do omdlenia i zagrać w rosyjską ruletkę z cichą nadzieją, że prawdziwa ja pociągnie za spust, gdy kolba będzie pusta. to moja prywatna sale guerre, drogie dzieci. postawiłam sobie w ogrodzie drabinę, jakubie mam poobijane biodra, a na stopach porozcinane ropienie i wrażenie, że z nieba sypie się sól. gdy z...