Przejdź do głównej zawartości

the other i

wszystko się odbylejaczy

jeśli w ogóle takim mogło kiedykolwiek być



niekiedy warto stanąć przed szarą ścianą, by wyjaskrawić swoje ja
czasem nawet wypiąć się w szeregu ludzi innych
i usłyszeć to przyjemnie niepokojące
- boję się ciebie.

ja też.


zaczynam rozumieć, że moja bolączka to nie rozcząstkowanie, ani surowo brzmiąca niekompletność. to nic innego, jak rozbudowane systemy skrzętnie uwiązane w pełne alter ega, niezależnie funkcjonujące persony, wijące się wśród pajęczych sieci, aby nie skrzyżować dróg. the other i. tak więc wszystko melodyjnie rozbrzmiewa, pieści harmonią, dopóki grafy na siebie nie nachodzą i nie tworzy się zbiór wspólny. potem już tylko pozostaje zagryzać wargi do omdlenia i zagrać w rosyjską ruletkę z cichą nadzieją, że prawdziwa ja pociągnie za spust, gdy kolba będzie pusta. to moja prywatna sale guerre, drogie dzieci.

postawiłam sobie w ogrodzie drabinę, jakubie
mam poobijane biodra, a na stopach porozcinane ropienie
i wrażenie, że z nieba sypie się sól.
gdy zsuwam powieki, widzę rzeczy w kolorach sepii
powidoki różnych miejsc, klatkujące uśmiechy, wysokie i niskie tony
cała gama impresji.
należę do życiowych krezusów, mimo ulicznego wyglądu
łatam podszewkę gronostajowej peleryny, pudruję opalone ciało
i czekam na moment, w którym wyjdę do wielkiego ogrodu, pełnego labiryntów i ślepych uliczek
nie bojąc się
że zgubię się sama ze sobą.

jestem pastiszem
nie kłamię.



a wiedeń rozkochał mnie w sobie
śnię o małym mieszkaniu w tamtejszej kamienicy
wielokolorowych utopijnych komunach
nieskrępowanych umysłach i wolnym artyzmie.
przerażeniu odpowiedniości.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

prosto

parę prostych zasad: spać kiedy się chce okłady z kota wskazane, nawet szujowatego (to dla zdrowia psychicznego) nie pić podczas posiłku, najwyżej pół godziny po rano szklanka ciepłej wody z cytryną a potem ciepłe śniadanie spacery, dużo spacerów (lepiej się oddycha, lepiej się śni) i jak najszybciej zaszczepić się na grypsko. dodam ponad wszystko: mniej nonszalancji i ignorancji w ogóle i idzie jakoś przetrwać. gdy wzroku nie przyćmiewa mi wżarte w kościec poczucie wyobcowania zauważam, że wokół roi się od ludzi ciepłych, zainteresowanych, chcących kontaktu (może też są samotni w środku?). moje chłodne spojrzenie łagodzą zwyczajne sprawy zaproszenie na przechadzkę, wspólne jedzenie ciastek przy herbacie nie odrzucam tych okazji ad hoc, jak przyszło mi robić czekając na coś większego, goniąc za króliczkiem. zamiast tęsknić biernie za zamkniętą przeszłością próbuję chwytać to, co jest. i myślę sobie: może tak zaczyna się przyjaźń?

pot i flegma

gdy rzeczywistość wymaga mobilizacji a wyzwania rysują się na horyzoncie jak ostre noże wyłączam guzikiem na karku czucie. idę przed siebie jak naćpany żołnierz i robię to, co do mnie należy. zawsze tak samo - z prostym przedziałkiem i w wypolerowanych sztybletach. po wszystkim robi się głucho, a powietrze zastyga ciepłe i gęste a ja powoli zaczynam oddychać. pierwszy głęboki oddech wypełnia płuca po same obojczyki, krew zaczyna krążyć, aż dociera do bladych i zimnych tkanek nabieram ludzkich kolorów, łagodnieją moje kontury. chcę już iść dalej, włączyć kolejny bieg, ale czasami tak się nie da czasem moje ciało jest mądrzejsze i robi wbrew temu, co jaśnie homunculus prawi pokazuje swoją wyższość nad zadufaniem wiecznie głodnego człeka i gorączkuje, dławi kaszlem, omdlewa żeby w końcu wywalczyć trochę bezcelowości i dryfowania. więc jestem: zlana potem, rzygająca flegmą, spuchnięta jak zepsute jabłko znowu musiałam tutaj zajrzeć, żeby zrozumieć, że nigdzie nie muszę pę...

chicago

sufjan stevens - chicago ku wolności