jak już powiedziano
jest rzeczywistość i rzeczywistość.
nie wiszę pomiędzy, nie mówię o sobie w liczbie mnogiej, ani osobie trzeciej
jestem blisko, choć prostuję łopatki na ścianie i liczę oddechy
jestem wciąż pewniej rysowana grubym konturem
senny szkic wyraźnieje, jak postaci wyłaniające się z mglistej powłoki.
czas jest dobrym sposobem na wszystko
więc czasuję się
tik tak
biegnę po tarczy przeskakując wskazówki
czasem wdycham strute chemią powietrze
tylko na własną odpowiedzialność.
odkrywam proste prawdy
jak to, że oczy iori są od płakania
a każdy nowy dzień po to, by się cieszyć.
powtarzalność wcale nie jest morderstwem
to dopiero kicz wymierza policzki.
wiem już, że bywam zmanierowana w swojej obsesji szukania absolutu
a to tu, całkiem blisko
w skórze, którą zamieszkuję.
dzisiaj spojrzałam nieznajomemu głęboko w jego przymglone oczy
bezwstydnie zawiesiłam na nim wzrok w kołyszącym pociągu
i pomyślałam sobie na granicy bezwiedniości, że
ja
mogłabym
kochać
tak totalnie, bezkreśnie, niepojęcie i bezdennie, jak to tylko możliwie niemożliwe
jak nikt nigdy mu tego nie zaproponował w żadnym diabelskim pakcie.
i gdyby tylko na chwilę zrzucił swój opancerzony kombinezon, a na maskowatej twarzy namalowałby cokolwiek innego
niż ta znajoma skamielina ludzi dumnych i surowych do tego stopnia, aż zapominają, że początkiem był pierwotny przestrach w ślepej ofiarności
może bym zapomniała, że i mnie krępuje kaftan podszyty pod szerokim płaszczem najwynioślejszej pani lodu
a może nawet bym się zdobyła na słowo uśpione w drobnym uśmiechu
on stopiłby mróz na moich włosach, których dawno nikt nie dotykał
tak dawno, że łatwiej było sobie wytłumaczyć, że po prostu tego nie lubię.
szansa na naszą niezbadaną przyszłość we dwoje
filmowe sceny
gdy pewnego burego poranka ty palisz papierosa a ja wędruję po mieszkaniu w cienkich rajstopach
zostały w tamtej chwili, gdy zgasło światło kojąc zawstydzenie.
nasze piękne kochanie zostało w tamtym przedziale pociągowym
nigdy nieokryte, nigdy nieposmakowane.
jest rzeczywistość i rzeczywistość.
nie wiszę pomiędzy, nie mówię o sobie w liczbie mnogiej, ani osobie trzeciej
jestem blisko, choć prostuję łopatki na ścianie i liczę oddechy
jestem wciąż pewniej rysowana grubym konturem
senny szkic wyraźnieje, jak postaci wyłaniające się z mglistej powłoki.
czas jest dobrym sposobem na wszystko
więc czasuję się
tik tak
biegnę po tarczy przeskakując wskazówki
czasem wdycham strute chemią powietrze
tylko na własną odpowiedzialność.
odkrywam proste prawdy
jak to, że oczy iori są od płakania
a każdy nowy dzień po to, by się cieszyć.
powtarzalność wcale nie jest morderstwem
to dopiero kicz wymierza policzki.
wiem już, że bywam zmanierowana w swojej obsesji szukania absolutu
a to tu, całkiem blisko
w skórze, którą zamieszkuję.
dzisiaj spojrzałam nieznajomemu głęboko w jego przymglone oczy
bezwstydnie zawiesiłam na nim wzrok w kołyszącym pociągu
i pomyślałam sobie na granicy bezwiedniości, że
ja
mogłabym
kochać
tak totalnie, bezkreśnie, niepojęcie i bezdennie, jak to tylko możliwie niemożliwe
jak nikt nigdy mu tego nie zaproponował w żadnym diabelskim pakcie.
i gdyby tylko na chwilę zrzucił swój opancerzony kombinezon, a na maskowatej twarzy namalowałby cokolwiek innego
niż ta znajoma skamielina ludzi dumnych i surowych do tego stopnia, aż zapominają, że początkiem był pierwotny przestrach w ślepej ofiarności
może bym zapomniała, że i mnie krępuje kaftan podszyty pod szerokim płaszczem najwynioślejszej pani lodu
a może nawet bym się zdobyła na słowo uśpione w drobnym uśmiechu
on stopiłby mróz na moich włosach, których dawno nikt nie dotykał
tak dawno, że łatwiej było sobie wytłumaczyć, że po prostu tego nie lubię.
szansa na naszą niezbadaną przyszłość we dwoje
filmowe sceny
gdy pewnego burego poranka ty palisz papierosa a ja wędruję po mieszkaniu w cienkich rajstopach
zostały w tamtej chwili, gdy zgasło światło kojąc zawstydzenie.
nasze piękne kochanie zostało w tamtym przedziale pociągowym
nigdy nieokryte, nigdy nieposmakowane.
Komentarze
Prześlij komentarz