Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z marzec, 2011

food

czasami tracę pamięć i wydaje mi się, że mnie nie było kilka razy dziennie gubię tożsamość nie ma mnie wcale. może to dyspensa na wspomnienia instynkt samozachowawczy albo chciwe robactwo grabiące moje ja które niby gdzieś tam obezwładnienie leży uśpione chłodne zbłąkane o poobijanych kostkach i zimnych bosych stopach. czekające na - no właśnie, na co? wybudzam się z sennej apatii, oślepia mnie przymglone światło. nie potrafię wydusić z siebie właściwego, ba, jakiegokolwiek słowa przez zastygłe struny. ziemia drży i paruje, słyszę, jak oddycha w zapowiedzi czegoś wielkiego. nie jestem pewna do końca, czego. może ta myśl po prostu dopiero kiełkuje, by kwitnąć w swoim tempie, nie warto jej tak wcześnie, maluczkiej i bezkształtnej, wyrywać. chcę zastąpić wszystkie "mam" na "czuję", "jestem", każde "moje" na "mi". wertowanie wewnętrznego słownika będzie zarazem terapeutycznym wglądem we własne pokraczne w swym kalectwie postawy, zbrudzo...

bastet

nie interesują mnie konwencje ramy, szablony, kontury odrysowanie wzorów, planowanie wizerunku, organizowanie przestrzeni tej i tamtej. spektrum pojęcia jest zbyt szerokie, wybiega poza horyzont i mnoży po tysiąckroć. arsenałowe zapasy w podziemiach nieświadomości. chciałam zapytać mieć czy być, a potem ogłosić szabat. witalne istnie nie, spontaniczne konwersje, wewnętrzne wrzenie niekończące się wychylanie poza słowa i huśtanie na siedziskach plecionych ze znaczeń rozplątywanie wszelkich więzów, mętnych zależności. powtórnie zapłodniło mnie to życie dobry omen i nieincydentalnie śnił mi się bastet o dzikich oczach. a strach strach to tylko stan umysłu. pstryk i nie ma. a jeśli amen to tyle co pewność, to mogę umieścić to na końcu tego wpisu AMEN

limity

twoja ambiwalencja nieludzko mnie kołuje zawieszona jak na iglastej gałązce, w kolorowej sukience i brokatowych trzewikach, z półroześmianą buzią rumianymi polikami i suchymi włosami czekałam całą zimę, by spaść z łoskotem na wypolerowany parkiet rozbić się, jak sok malinowy malinowe buty pokleić wszystko dookoła, zostawić słodkie ślady. spektakularna ucieczka w hałasie pogrzebowych fajerwerków i plątaninie wyrzyganego confetti poseplenię o reszcie historii wam do uszek, powpinam nocą we włosy błyskotki o zapachu oceanu. wyciągnęłam z szafy odpustowe białe lakierki, symbol mojej męskości lekkie buty do uciekania pakuję więc życie w jedną walizkę, ścinam rudawe wspomnienia i zapinam kołnierz ciasno pod gardło. długo nie będziemy oddychać. popatrz jak mnie nie ma.

lista spraw

małi mój kokonie indyś żuczuś sklepowa dosia żuko i pszczółk troszku brzusio chuj niedobry KOKO SMOKO tyk smutnosz chce do ciebie TYRYZ mam pełen słoik słonych wspomnień o tobie

anogarrat

ostatni papieros to ten moment, by odejść. odliczanie minut, godzin, dni obłokami dymu. tykająca obliczona cisza. i wewnętrzny niezrozumiale smutny spokój, którym nie mogę się podzielić. dlatego patrząc im w oczy udaję, że wszyscy wiedzą i jest tuż po salwach śmiechu, gratulacji, uścisków, a równocześnie przed kującym wzruszeniem, zapowiedzią nostalgii i bezpiecznie trzymanych łez w oku. angielskie wyjście. angielska podróż. zbyt często brakuje mi słów. im dalej, tym bardziej wypłukuje mój słownik. to wszystko puste konstrukty rzeczy nienazywalnych, głucho obijające się boje w morzu pojęć. ja zawsze mówiłam lepiej klatkami zdjęć, opowiadałam baśnie muzyką. często przypadek rysuje nam kolejne dni. jak dziś te poranne dźwięki przebijające się przez senną powłokę, zawieszające się delikatnie na uchu i muskające powieki. śniące marzenie spowiło się tańcem głosów dwóch kochanków. po wybudzeniu słyszałam wyraźniej, za to uczucia się zamazały mglistą mazią. pierwotny język to podświadomoś...