ostatni papieros to ten moment, by odejść. odliczanie minut, godzin, dni obłokami dymu. tykająca obliczona cisza. i wewnętrzny niezrozumiale smutny spokój, którym nie mogę się podzielić. dlatego patrząc im w oczy udaję, że wszyscy wiedzą i jest tuż po salwach śmiechu, gratulacji, uścisków, a równocześnie przed kującym wzruszeniem, zapowiedzią nostalgii i bezpiecznie trzymanych łez w oku.
angielskie wyjście. angielska podróż.
zbyt często brakuje mi słów. im dalej, tym bardziej wypłukuje mój słownik. to wszystko puste konstrukty rzeczy nienazywalnych, głucho obijające się boje w morzu pojęć. ja zawsze mówiłam lepiej klatkami zdjęć, opowiadałam baśnie muzyką.
często przypadek rysuje nam kolejne dni. jak dziś te poranne dźwięki przebijające się przez senną powłokę, zawieszające się delikatnie na uchu i muskające powieki. śniące marzenie spowiło się tańcem głosów dwóch kochanków. po wybudzeniu słyszałam wyraźniej, za to uczucia się zamazały mglistą mazią. pierwotny język to podświadomość, czysta forma szaleństwa, surrealizm. leksykalny rozmach cyganerii. to to, co nazywamy uczuciami, a nie powinniśmy, bo nimi nie są.
i wszystko sprowadza się do tego, że spłonęłam w wybuchu frustracji. obrzydzona usilnymi próbami obrysowania mnie czarną kredką, więzienia w konturach, kompozycjach, ramach. miałeś kochać mnie, nie definicje, żaden monochromat. nie mądrości ulicznych filozofów, wyznawców otumaniających świństw, obrońców plastikowej idei wolności od czucia, wierności, myślenia i człowieczeństwa. byłam szaleńcem, byłam idiotką, byłam chamem. oszalałam z miłości.
muszę to sobie jakoś tłumaczyć.
moje angielskie życie.
Komentarze
Prześlij komentarz