Przejdź do głównej zawartości

anogarrat

ostatni papieros to ten moment, by odejść. odliczanie minut, godzin, dni obłokami dymu. tykająca obliczona cisza. i wewnętrzny niezrozumiale smutny spokój, którym nie mogę się podzielić. dlatego patrząc im w oczy udaję, że wszyscy wiedzą i jest tuż po salwach śmiechu, gratulacji, uścisków, a równocześnie przed kującym wzruszeniem, zapowiedzią nostalgii i bezpiecznie trzymanych łez w oku.

angielskie wyjście. angielska podróż.


zbyt często brakuje mi słów. im dalej, tym bardziej wypłukuje mój słownik. to wszystko puste konstrukty rzeczy nienazywalnych, głucho obijające się boje w morzu pojęć. ja zawsze mówiłam lepiej klatkami zdjęć, opowiadałam baśnie muzyką.

często przypadek rysuje nam kolejne dni. jak dziś te poranne dźwięki przebijające się przez senną powłokę, zawieszające się delikatnie na uchu i muskające powieki. śniące marzenie spowiło się tańcem głosów dwóch kochanków. po wybudzeniu słyszałam wyraźniej, za to uczucia się zamazały mglistą mazią. pierwotny język to podświadomość, czysta forma szaleństwa, surrealizm. leksykalny rozmach cyganerii. to to, co nazywamy uczuciami, a nie powinniśmy, bo nimi nie są.



i wszystko sprowadza się do tego, że spłonęłam w wybuchu frustracji. obrzydzona usilnymi próbami obrysowania mnie czarną kredką, więzienia w konturach, kompozycjach, ramach. miałeś kochać mnie, nie definicje, żaden monochromat. nie mądrości ulicznych filozofów, wyznawców otumaniających świństw, obrońców plastikowej idei wolności od czucia, wierności, myślenia i człowieczeństwa. byłam szaleńcem, byłam idiotką, byłam chamem. oszalałam z miłości.

muszę to sobie jakoś tłumaczyć.

moje angielskie życie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

prosto

parę prostych zasad: spać kiedy się chce okłady z kota wskazane, nawet szujowatego (to dla zdrowia psychicznego) nie pić podczas posiłku, najwyżej pół godziny po rano szklanka ciepłej wody z cytryną a potem ciepłe śniadanie spacery, dużo spacerów (lepiej się oddycha, lepiej się śni) i jak najszybciej zaszczepić się na grypsko. dodam ponad wszystko: mniej nonszalancji i ignorancji w ogóle i idzie jakoś przetrwać. gdy wzroku nie przyćmiewa mi wżarte w kościec poczucie wyobcowania zauważam, że wokół roi się od ludzi ciepłych, zainteresowanych, chcących kontaktu (może też są samotni w środku?). moje chłodne spojrzenie łagodzą zwyczajne sprawy zaproszenie na przechadzkę, wspólne jedzenie ciastek przy herbacie nie odrzucam tych okazji ad hoc, jak przyszło mi robić czekając na coś większego, goniąc za króliczkiem. zamiast tęsknić biernie za zamkniętą przeszłością próbuję chwytać to, co jest. i myślę sobie: może tak zaczyna się przyjaźń?

pot i flegma

gdy rzeczywistość wymaga mobilizacji a wyzwania rysują się na horyzoncie jak ostre noże wyłączam guzikiem na karku czucie. idę przed siebie jak naćpany żołnierz i robię to, co do mnie należy. zawsze tak samo - z prostym przedziałkiem i w wypolerowanych sztybletach. po wszystkim robi się głucho, a powietrze zastyga ciepłe i gęste a ja powoli zaczynam oddychać. pierwszy głęboki oddech wypełnia płuca po same obojczyki, krew zaczyna krążyć, aż dociera do bladych i zimnych tkanek nabieram ludzkich kolorów, łagodnieją moje kontury. chcę już iść dalej, włączyć kolejny bieg, ale czasami tak się nie da czasem moje ciało jest mądrzejsze i robi wbrew temu, co jaśnie homunculus prawi pokazuje swoją wyższość nad zadufaniem wiecznie głodnego człeka i gorączkuje, dławi kaszlem, omdlewa żeby w końcu wywalczyć trochę bezcelowości i dryfowania. więc jestem: zlana potem, rzygająca flegmą, spuchnięta jak zepsute jabłko znowu musiałam tutaj zajrzeć, żeby zrozumieć, że nigdzie nie muszę pę...

chicago

sufjan stevens - chicago ku wolności