Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2010

38 stopni

smoke city - underwater love klatkują mi powidoki wspólnych chwil i za każdym razem jest to tak bolesne ukłucie, że zginam się wpół. przed laty miałam inne do tego podejście, dlaczego? w czym jesteś inny w porównaniu z pierwszym zespoleniem dusz? może w tym, żeś prawdziwy? mdli mnie od teoretyzowania życia, gdybania, jak i wspominania, nie o tym chcę mówić. mogę mruczeć o tej potwornej gehennie, którą sobie zgotowałam. i wbijać gwoździe znaku zapytania w czaszkę - dlaczego odeszłam. w moim kodzie genetycznym jest zamaskowana informacja, którą potrafię już odczytywać - obwinianie się. zapominam, jak było. i pamiętam tylko, że smutno, źle, nietak. patrz, jak się uśmiechaliśmy. dostaję drgawek, majaczę w gorączce, że jesteś wciąż. kurwa. jak mam zawrócić? ktoś kiedyś powiedział, że można, a ja jeszcze tego nie zobaczyłam, nigdy. czy to kolejna z legend, historii dla podtrzymania ducha, aby wierzyć w coś, że warto? żeby nie cierpieć tak bardzo, bez kresu i nadać temu wartość, podciągnąć ...

ryba

lau nau -painovoimaa tylko w filmach jest tak, że lubi się za coś. w prawdziwym świecie lubi się po prostu, bo tak. w filmografii są też niewyczerpane historie, które się ciągną i ciągną i muszą się skończyć tak czy siak przewiązaniem kokardą, a w żyćkach naszych często jest tak, że coś jest po prostu ładniutkie i na tym koniec. ludzie się mijają, odbijają od siebie, gubią pod własnym domem, nie poznają własnego głosu. nic wielkiego. nic małego. gnato boli uświadamianie sobie kolejny raz, że nie ma ludzi niezastąpionych. zawsze robi się tak potwornie zimno przy tym, a wspomnienia działające jak termofor są ciężkie, za bardzo obciążają kręgosłup. i tak krążąc między planetami, świtem, którego nie ma i nocą, która ciąży swoją ciemnością, przyzwyczajam się do spania z obcym kociętem. mam podwójną powiekę, jak on, zniekształcającą obrazy powłokę na gałkach. powidoki kochania. i nie mogę otworzyć oczu do końca, być może jestem rybą. patrick wolf - wind in the wires gdzie te szeroki...

eloquent nude

moja socjopatka . każdy w życiu z czymś, kimś sobie nie radzi i bywa zdesperowany, zachowuje się jak bezdenny idiota, rozklekotany świr, pajacuje krzyczy biega, uporczywie, dosadnie, a później znowuż subtelnie i wyrachowanie. wtedy ktoś przypina nam karteczkę na plecy "socjo". bez wyjątków, nie łudźmy się. i te wszystkie nibyrelacje, nibyrączki nibynóżki. nikt przecież nie powiedział, że oni są mądrzy, tylko dbają o jedyne, co zostało - imprezowy wizerunek, zamiast przyjść pod drzwi, zapukać stojąc w korytarzu i powiedzieć słynne śnieżne "ok". dzisiaj białe płaty sypane z nieba jakby przykryły wszystko, a niedzielne opustoszenie, martwe miasta, śmierć wszystkich i wszystkiego, nieistnienie tego dnia dodatkowo wzmagają to uczucie niebytu. mam wrażenie, jakbym się dzisiaj urodziła ponownie, nie rozumiała nawet tego języka. a w głowie motłoszą się myśli, gromadzą, piętrują, zwijają w kłębki. gdyż poczułam wyzwolenie, siłę, jakąś ponadczasowość. rezygnacja ma w sobie co...

when things explode

"Nie angażuję się w rozmowę o labiryntach ludzkiej natury. Dyskusje o jej trudnym do zdefiniowania bogactwie są warte prostackich odkryć: Świat mężczyzn z Marsa, skomplikowane kobiety. Słowa rozmnażają się w naszych ustach przez kopulację jęzora z bezradnością . Kobiety, mężczyźni jesteśmy jednakowo bezduszni i bezpłciowi . Kawałki mięsa polane hormonalnym sosem. Hormony nadają seksualny smak naszym ciałom. Przerabiają nas w dwupłciowe stwory podniecone cudzym mięsem cycków, waginy, penisa. Uwolnieni z cyklicznej rui pieprzylibyśmy się bez przerwy. Ale nie należymy już do natury. Jesteśmy ruchomymi, rozgadanymi wieżami Babel. Wynosimy bezwstydnie pod niebiosa miłość i z braku wzajemnego porozumienia rozsypujemy się w psychiczne ruiny. Horodyński stracił Ulę za wcześnie, przed zburzeniem swoich wyobrażeń o niej, stąd tęsknota. Albo oszukuje sam siebie, bo nigdy jej nie kochał. Używał do ukrycia homoseksualnych ciągot. Co za różnica? Miłość, homo czy hetero, jest mezaliansem genit...

niezasłane łóżka

jest jesień, a mnie obok oka ugryzł komar. i niech mi ktoś powie, że to nie jest pech. poza tym mam na imię agata, nie kicham od 3 dni. ale bym sobie kichnęła. nawet patrzenie w gęsty, rażący promień światła nie pomaga. moje życie traci sens. kimya dawson - i'm fine kiedyś też zastanawiałam się nad tym, w ilu łóżkach spałam. pamiętam ten szumiący poranek, duchotę na zewnątrz i obcego kota liżącego mój policzek. po zsunięciu się z poduszki, zauważyłam półobcą dziewczynę leżącą obok mnie i badawczo, jednak z czułością, wpatrującą się w moje poranne pisklęce ruchy. a kilka godzin wcześniej na nią nakrzyczałam. teraz sobie myślę, że to było ładne. śniadanie w słońcu, amelia przy papierosach i niekończące się uprzejmości. nawet płacząc skacowane o bolących głowach wpychałyśmy sobie chusteczki pod nos "ależ nie, proszę, bardziej potrzebujesz". zbyt łatwo nie lubię ludzi. a co do łóżek - spałam w wielu, czasami nie pamiętam, czasami podczas ucieczki, czasami przypadkowo, cz...

danger little stranger

joy division - transmission jestem taka mała a mam taki duży plecak. także. wpakuję do niego szczoteczkę do zębów, a reszta miejsca na pomysły i muzykę. toruń już tuż, zjaram się i pójdę do planetarium. na pewno spotkam boga, albo jakąś nieskończoność, ABSOLUT tak! zatopię się w podłogę, jak w najmiększą z poduch, zassie mnie jak tą pompą właśnie. TAKŻE! you are danger little stranger i ruszasz się jak epileptyk, lovely śniło mi się, że wpadłam w kompletną panikę, bo nie umiałam przejść kilku metrów i ominąć sofy. gdy na nią stanęłam, zapadła się i zjadła mnie. kiedyś miałam plan wrosnąć w łóżko, żuk by mnie karmił, a ja bym czasami coś mówiła i ładnie pachniała. gdzieś to widziałam, podlewali nawet tę roślinę. to babcia chyba była. znowu nabroiłam. tupanie nic nie daje. KURWA die antwoord - enter the ninja lubię, jak wysiadam z auta, a on mówi "yo, girl" chrypliwym głosem. trochę za dużo macham głową, jak przeklinam, a on za to rękoma, jak coś tłumaczy. no i c...

a girl like you

Właściwie to nie mam nic do powiedzenia i chciałam się tym pochwalić. Dobrze nie mieć nic do powiedzenia, znowu muzyki słuchać można bez żadnych dystraktorów. Jest kopikomicznie, ludzie przedstawiają się etykietami, a ja muszę przytakiwać opowieściom o złośliwym sąsiedzie, który zasysa rodzinę pompą basenową albo o rodzicach okiełznanych cennikiem spożywczym. I zaczynam czuć senną zimę gdzieś tam daleko, bo chce mi się nosić kolorowe sukienki. Chce mi się malować. Wielkie, napęczniałe kwiaty w wannie. microphones/mount eerie - solar system Kręć się, kręć! Niemiłosierne pomieszanie z poplątaniem i to nie włosy moje. Moje życie teraz już się rozpoczworzyło, jakby cztery strony świata i co ciekawe, w każdym kierunku idę równocześnie, a jak stoję to nie ma mnie nigdzie. Mogłabym nastawić winylową płytę aby zacinała się co kilka sekund w tym samym momencie, jak ta piosenka. Właśnie takie ślady zostawiam w życiach ludzi, nie wiem, dlaczego. i've never known a girl like you before słys...

walking on air

pusto. kojarzę ten napis. i jest znowu jesień, możemy zgubić się w momentach na tej samej ławce, w tym samym płaszczyku i z tymi samymi pomysłami, pragnieniami. ręka w ręce, ta sama temperatura. spokój. znowu rudo mi, znowu grzywkowo, tym razem star trek. wszystko wraca do tego samego momentu kiedyś. nin and peter murphy - atmosphere mówisz, że chcesz miłości. tak się składa, że przypadkiem niosę jej trochę w kieszeni. mały kocie. MR. MOJO RISIN kocham Cię, when you're strange. poza tym chyba jest cudownie cicho, może ciut głucho. gdy się zaczyna i ból z potylicy promienieje na całe plecy, zamykam oczy najmocniej, jak potrafię, aż widzę białe tańczące balony. a tak to słucham sennej muzyki, zadymiam pokój kadzidłami, czytam stare książki i patrzę pięknym mężczyznom w ich nieziemskie oczy. czasami ktoś mnie gdzieś porwie i uczę się chodzić po linie. czasami mam wypadek samochodowy. czasami odchodzę od zmysłów i umieram.

vonnegut

życie jest zabawne, kiedy się tylko przestać nad nim zastanawiać rili. szkoda tylko, że rozumie się to tylko raz na jakiś czas, potem znowu zapomina i odkrywa na nowo. wszystko krąży nieskończenie, każde odkrycie jest powielane i zawsze tak samo świeże i innowacyjne. ta gra jest prosta, gdyby nie fanty w postaci błyskotliwych amnezji. ‎przez całe życie naprawiałem radia (...) mózgi, które operował, były w gruncie rzeczy tylko odbiornikami nastawionymi na sygnały dobiegające całkiem skądinąd. może dlatego (ci ludzie) zajęli się czymś, czego nigdy przedtem nie robili, a równocześnie zmienili się jako ludzie, że zaczęli odbierać sygnały z innej stacji , a ona miała całkiem inne wyobrażenie o tym, co powinni robić i mówić. dead can dance - the carnival is over teraz rozumiem, radiogłowi

siłą rzeczy

jesień idzie wielkimi, szeleszczącymi krokami. będzie bardziej deszczowa, niż myślałam. niekończąca się mżawka wspomnień zamazująca obraz na oknach, parszywie zimny, krzywdzący wiatr wsuwający się między warstwy szalików i otulający się wokół szyi, wiecznie spuchnięte oczy czekające na zimowy sen, tępą apatię, przemoczone buty z zaciekami po bokach i rude, coraz dłuższe włosy. muszę obciąć te wspomnienia. pouśmiechajmy się, proszę, pochichajmy po pijaku i niech ci azjaci nas zjedzą w końcu. kolorowe rajstopki, pitu pitu, szare, nawet czarne krótkie paznokietki i już tuż. szczecin, toruń, ukraina i norwegia. uciekam obwieszona torbami po bokach, w których jest moje życie, uszczuplone o jakieś 70 parę kilogramów a dopełnione hektolitrami słonych łez oceanicznych. kółko się zatacza i znowu jestem tam, gdzie byłam. w obcym łóżku z cudzymi myślami. nie tu. king crimson - moonchild poklatkowane dni i niedokończone rozmowy. maratony pijackie i przypadkowe relacje. nie jestem pewna, co rob...

love is all

the tallest man on earth - love is all nie. spijam słowa kerouaca i grzeję się w słońcu pod najsłodszą brzoskwinią. wszystko jakoś tak mnie mija i nie zostawia za sobą nawet zapachu, żadnego ruchu powietrza. prostuję splątane kable złośliwości, ciasnoty i fałszerstw próbując się przyzwyczaić do pustki. do siebie. zakochuję się to tu, to tam, inwestuję na ślepo rozszalałe uczucia, czując następnie paskudny niesmak moralny, który znaczy tyle, co nic, gdy jest w połowie wymyślony. plotę cztery po osiem i nie widać końca. i "o rety" na okrągło, te same iluminacyjne pomysły, do znudzenia powtarzane i odkrywane. wszystkie nierealne i zbyt toporne dla mojej nieśmiałości i stagnacji. jak zwykle - najlepiej pisze się po kilku głębszych. you have to go deeper. i staję się taka właśnie, która wszystko innym komplikuje, gdy sama sobie ułatwia budować idealnie przylegającą skorupkę. koło się zatacza i znowu - i'm not the girl who misses much. pipilotti rist - i'm not the gir...

nie jestem

nie jestem szczęśliwa. chodzę na paluszkach i podwijam ogon równocześnie. dla odmiany waruję w wolnych chwilach. duszno i splątanie. a razem na papierku czy wyświetlaczu, po to, by nikt inny nie zjadł ciasteczka. jestem ciocią z ósmej wody, dlatego w policzek i z daleka. rękę dotkniesz tylko monetą. to nie ja. piszczy w uszach potwornie i znowu, głośniej niż gdy milczano. niespokojne noce, jakby bez końca. i to dziwne uczucie w środku, susza wszelkich soków, rozkład myśli, pasożytnictwo energii. robak mnie pożarł, a kable nie działają przez ten szaleńczy poziom transmisji. wpadłam w błotnistą dziurę. muszę. to jak z plastrami na łydce. przestanie. soulsavers - will you miss me when i burn

radiogłowi

co ja narobiłam radiohead - pyramid song wróć do mojego świata manekinów wsiądźmy do pociągu o bladym świcie i zacznijmy od początku. patrzeć sobie w oczy i mierzyć własne dłonie.

beautiful boyz

cocorosie - beautiful boyz rzeczywistość wykłada karty na stół i podkusza, by wyjść naprzeciw. kryształowa kula. i wcale nie jest subtelna, ani eteryczna, tylko maże tłustym olejem po płótnie zaczepne uwagi. wszystko nagle klatkuje przed oczami w niesamowitym tempie i, co lepsza, odkrywam nowe zdjęcia, zupełnie bezwiednie. leżały w ciemnym kącie szuflady w polu, gdzie nawet nie przyszło mi do głowy szukać. i bum! cynicznaś moja droga. Jan we Szwecji teraz jest tylko kalką tego sprzed dwóch lat. i rozumiem to dopiero wtedy, gdy jest rocznica najzatęchlejszego kaca moralnego mojego życia. gdy ten pada na kolana i płacze, błaga. zimny, władczy i dumny skurwiel mówi, że kocha. a ja mówię, że za późno. jak ci zranieni i żałośni kochankowie w dusznych filmach. tylko, że potem są białe napisy na czarnym tle, a nie konstruowanie "ja możliwego", gdybanie, zastanawianie się, projektowanie wersji alternatywnej. napisów czasem nawet nie jest się w stanie odczytać, przez tempo w jakim...

chicago

sufjan stevens - chicago ku wolności

pęknie

muszę przyznać, zwilżają mi się oczy. przecież uczę się o grabieżach niezwykłości, niedomówień i mistycyzmu a dalej nie wiem. czuję przeciąg w trzewiach, lodowate ciarki wzdłuż kręgosłupa. nie potrafię zlokalizować moich uczuć. albo się boję. czekam, czekam, czekam. na idiotyczne podróże, kompletną nieodpowiedzialność, dławiący śmiech, spieranie się godzinami. na autentyczność. deszcz, plażę i cukierki. serce ci pęknie. co się dzieje?

sto

100 razy pomyśl zanim się zakochasz royskopp - easy pękła szczelina wzdłuż mnie, albo w poprzek, nie wiem już sama. i przepotworzyła się, albo po prostu wynormalniała. nie ma granic, realizmu, wyrzutów sumienia. są kolorowe buty, rozmowy o fizyce kwantowej i zawstydzony uśmiech zasypiając na ramieniu. żółte spodnie Kamila przypomniały mi o tym, przed czym uciekałam. a może to ta mała, niepozorna tabletka. valium, mitsubishi, coś na gardło. i na klatkę piersiową, w której coś musi być z tym wspólnym płucem. zostałam oszukana przez samą siebie. dlatego wylecę do szwecji na ryby. so easy nie pamiętam, jak to było. boję się tego szarpania emocjami, byłych ukochanych i czasu. wszystko w końcu zawsze się układa. słupsk to nie było nic innego, jak podróż mentalna. hiperbolizacja. powiesz mi to w końcu? patrz, jak idę przed siebie. ładne mam nogi, co? edwyn collins - a girl like you

pół-noc

co ty szyjesz? brakuje mi bezdechu, miodowego słońca o 3 nad ranem i drugich oczu śledzących szyny. zaczynam zdradzać siebie, projekcja doskonała. ściągam te brudne, zawszone ubrania i rozłożę ramiona, odznaczę swoje łopatki na kliszy. crystal fighters - xtatic truth motyle, szkło i wódka. widziałeś kiedyś człowieka, który mówi o gotowaniu zupełnie jak o polityce?

szczęścin

the xx - crystalised go slow brakuje mi menelskich czasów, gdzie nie było strojenia, tylko każda z nas wrzucała na siebie szmaty, pozszywane po swojemu, kolorowe, poplamione, za duże i bufoniaste. nie mam z kim tak się nosić i stroić wieszaków, wszyscy są pretensjonalni, modni i wymuskani jak azjatyckie cipki. dlatego dzisiaj topię się w wielkiej koszuli w kratę, mam sweter po kolana, kolorowo-pojebane kolczyki, fioletowe okulary i szerokie spodnie, nie h&mowe rurki. wciągnę jeszcze zniszczone i zabłocone robin hoodki i jakiś kaszkiet. i setki tysięcy zeszytów obklejonych z dziwacznymi zapiskami zewsząd, materiałowe szmaciane torby na pomysły, coraz to bardziej pierdolaste. jeszcze brakuje picia kawy na warsztatach filmowych, papierosa za papierosem między kadrami i pochodu po długiej w stroju pipi lansztrung z codziennym wielkim jabłkiem. zdarte lakiery z ogromnych pudeł na krótkich paznokciach. chyba czas na wizytę w szczecinie. goOoOo slow.

syndrom pasażera

odtrułam się. dźwięki przelewają się przeze mnie ciurkiem i wchłaniają się to tu, to tam. momentami nakręcam się dziwacznie, zupełnie jak małpka z delicatessen i wydaje mi się, że to dzień na spacer ze sobą i nie jest to przygnębiające czy wydumane. słońce grzeje w plecy a muzyka łaskocze płatki uszu, uśmiecham się do obcych i jest pięknie. a potem gromadzą się śnieżno-gradowe chmury, robi się ciemno, pięty bolą przez kilometry twardych chodników, a na ulicy ludzie trąbią i przeklinają, bo przewrócił się staruszek, inni kłócą się w kolejce u lekarza, zupełnie niesłusznie. i nic już takie nie jest jak być miało. znowu. ocokurwatepretensje! myśli niewypowiedziane i rzeczy niezrobione doganiają mnie, depczą po moim cieniu, a on pokornie udowadnia swoją wierność przyszytą do moich stóp. i znowu jest to nic i ja jestem nic. i to senne pociągowe słuchanie muzyki żywej już tylko w dźwiękach, którą słyszy się inaczej, stokroć inaczej. pełniej, głębiej, obszerniej. bo one wtedy już są nap...

2nd

siedząc na balkonie w grubych skarpetach i paląc wolno papierosa obserwowałam szarpane wiatrem brzozy. zasadzono je tuż po moich narodzinach, mamy oczko. i w pewnym momencie oślepiło mnie słońce znajomym blaskiem - dokładnie tej samej jasności, z tego samego punktu i wywołało symilarne wrażenia. wiem, czym to było i to tylko moje. zupełnie tak samo, jak ja jestem moja. zabawmy się, malutka. mam ochotę malować oczy i paznokcie na czarno, topić się w czerni i truć dymem papierosowym. mam ochotę uciec jak najdalej od tego wymiaru, nieważne jakim kosztem. bo to nieprawda, że grawitacja zawsze wygrywa. nie lubimy drugich miejsc i krzyczymy głośno. to nie mogło potrwać długo. blokuję wszystko, wyłączam telefony. i ja wiem, że tam był mój dziadek, w tym słońcu, i chciał tylko, żebym nie płakała. pogłaskał moje włosy, teraz już prawdziwe i przypomniał, że jest. bo ludzie bliscy zawsze są, bez względu na okoliczności, kilometry, śmiertelność. a ci udawani nawet nie potrafią wsiąść w pociąg. ...

spaghetti

daab - ogrodu serce tak trwała nasza bez słów rozmowa. patrzę i zaczynam widzieć różnicę. ale wszystko się splątało. chyba dzisiaj dowiem się na pewno. wszystko zależy od kilku słów. sennie widzę to wszystko, przebijają się wizje do świadomości. nie mogę spać nocą i to nie spaghetti o północy. food for thoughts. sama nie wiem, jak siebie traktować. walentynki zapowiadają się na kacu, z japonką. - david bowie

3,14

pachnie mi francuskim pieczywem. jutro będzie się tu lało wino hektolitrami, kolejne warstwy farb będą nakładały się na moją twarz i pewnie przez chwilę zrobi się tak strasznie smutno, a potem znowu wszystko się zrównoważy. nieustanna huśtawka z prętów. "sam nie wiem, czy bym nie zwariował, jakbym nie poznał ciebie" otwórz oczy 9469327856987659817598756386920958986345 dick annegarn - coutances wielkie przemeblowanie w głowie. wiosenne porządki zawczasu. bo to moja wiosna. szmata uszczelniająca okno zimą.

the way you look tonight

air - the way you look tonight patrz na mnie, właśnie tak. może ciut nostalgicznie, ale zakochanie, delikatnie i refleksyjnie. delikatnie pieść wzrokiem moje ciało. kobieta jest boginią, twoja kobieta. jestem wyjątkowa. jestem piękna. jestem mądra. jestem trochę fatalistyczna, ale niezwykła, jak dramat. przenikam twoją skórę, mój zapach wbija się w każdą twoją tkankę. ja wiem, że jestem fragmentem boskości. i znajdę tego, który będzie mnie wielbił. drżał przy moim dotyku, kochał każdy kosmyk i rozpoznawał zapach perfum. będzie mnie łaknął. wiem.
uderzę głową w ścianę tak, aż czaszka pęknie. mam wrażenie, że to jedyny sposób na ulżenie sobie. odcięłam pępowinę na pstryk, obrzydliwie patrzy się na zniekształcone mordy, które zapluwają się próbując prawić morały. boją się jak malutkie kundle, zawszone i pokryte parchem. a to tylko prawda. mam 21 lat i nie mogę zacząć żyć, bo ogranicza mi to ta, która wypluła mnie z łona. tak, powielajbłędy, uśmiechaj się na patologię, udawaj, że nic się nie stało. wyniosę się stąd choćbym miała zawalić studia sprzedając kurczaki. o miliony razy oszukana za dużo. pierdolcie się serdecznie. nine inch nails - pilgrimage/triumph of the will

turqouise hexagon sun

turkusowe sześciokątne słońce jak się przyjrzysz, to zima jest turkusowo-błękitna, tak też być może. przenoszę się w czasy, których nigdy nie było, nie wiem, jak to się dzieje. jakbym miała równoległe życie - przeżyte, przeczute, przemyślane. a jednak znowu leżę w tym samym łóżku, kolejny raz mija styczeń. nie jest mi smutno, jeśli tak to brzmi. to spokój piszczy w uszach, aż to nieznośne. jest mi cicho i jednostajnie, jakby wszystkie rzeczy były tylko moimi wymysłami, zdziwaczałymi snami, a tak naprawdę to tylko te oliwkowe ściany, zapętlająca się muzyka i łóżko obsypane poduszkami. a może to nie spokój, tylko apatia. pierdolnij mnie, bo zasnę. boards of canada - turquoise hexagon sun
ciąg dalszy historii, której niby nie było, wystarczyło 'pstryk' wszystko ma nazwy przypadkowe, chwilowo przyssane do mojej głowy, nic więcej to na tyle wyjaśnienia, teraz idziemy dalej. radiohead - house of cards dopada mnie coś nierealnie nudnego, myśl myśl myśl, która rozsadza głowę, są ich miliony, a jeśli mowa o działaniu, to nic. uderzyłam głową o beton, chwilę pokwiliłam, ale zbudziło mnie to niesamowicie. obojętność do teraźniejszości stworzonej to pierwszy krok do zmian. wychodzę po angielsku i jakoś nie jest mi z tym źle. potrzebuję wyjechać, setki kilometrów naciągają kable między głową a niby-ważnymi sprawami, a jak już się zerwą, to jasne jest wszystko. nie chodzi już nawet o czas, tylko odległość, inny punkt siedzenia. i te godziny w pociągu w swoim towarzystwie wyłącznie i niesamowite poczucie, jak wszystko schodzi, jest daleko i mniej ważne. toruń, poznań, szczecin, hawaje oslo. nosi mnie niezmiernie, jakbym chciała powiedzieć coś ważnego, ale nie wiem, c...