Przejdź do głównej zawartości

ryba

lau nau -painovoimaa


tylko w filmach jest tak, że lubi się za coś. w prawdziwym świecie lubi się po prostu, bo tak. w filmografii są też niewyczerpane historie, które się ciągną i ciągną i muszą się skończyć tak czy siak przewiązaniem kokardą, a w żyćkach naszych często jest tak, że coś jest po prostu ładniutkie i na tym koniec. ludzie się mijają, odbijają od siebie, gubią pod własnym domem, nie poznają własnego głosu. nic wielkiego. nic małego.


gnato

boli uświadamianie sobie kolejny raz, że nie ma ludzi niezastąpionych. zawsze robi się tak potwornie zimno przy tym, a wspomnienia działające jak termofor są ciężkie, za bardzo obciążają kręgosłup. i tak krążąc między planetami, świtem, którego nie ma i nocą, która ciąży swoją ciemnością, przyzwyczajam się do spania z obcym kociętem. mam podwójną powiekę, jak on, zniekształcającą obrazy powłokę na gałkach. powidoki kochania. i nie mogę otworzyć oczu do końca, być może jestem rybą.

patrick wolf - wind in the wires
gdzie te szerokie, kościste plecy o wyrysowanym pięknym kręgosłupie. aguszowy chłopiec. takiego mogłabym kochać. spać wspólnie do 13 w białej pościeli i palić papierosa bez wstawania z materaca na podłodze. narzucić wygniecioną koszulę i powiedzieć "dzień dobry" w przestrzeń patrząc się przez wielkie okno na kolejny szary dzień. i tak byłoby mi wielokolorowo.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

prosto

parę prostych zasad: spać kiedy się chce okłady z kota wskazane, nawet szujowatego (to dla zdrowia psychicznego) nie pić podczas posiłku, najwyżej pół godziny po rano szklanka ciepłej wody z cytryną a potem ciepłe śniadanie spacery, dużo spacerów (lepiej się oddycha, lepiej się śni) i jak najszybciej zaszczepić się na grypsko. dodam ponad wszystko: mniej nonszalancji i ignorancji w ogóle i idzie jakoś przetrwać. gdy wzroku nie przyćmiewa mi wżarte w kościec poczucie wyobcowania zauważam, że wokół roi się od ludzi ciepłych, zainteresowanych, chcących kontaktu (może też są samotni w środku?). moje chłodne spojrzenie łagodzą zwyczajne sprawy zaproszenie na przechadzkę, wspólne jedzenie ciastek przy herbacie nie odrzucam tych okazji ad hoc, jak przyszło mi robić czekając na coś większego, goniąc za króliczkiem. zamiast tęsknić biernie za zamkniętą przeszłością próbuję chwytać to, co jest. i myślę sobie: może tak zaczyna się przyjaźń?

pot i flegma

gdy rzeczywistość wymaga mobilizacji a wyzwania rysują się na horyzoncie jak ostre noże wyłączam guzikiem na karku czucie. idę przed siebie jak naćpany żołnierz i robię to, co do mnie należy. zawsze tak samo - z prostym przedziałkiem i w wypolerowanych sztybletach. po wszystkim robi się głucho, a powietrze zastyga ciepłe i gęste a ja powoli zaczynam oddychać. pierwszy głęboki oddech wypełnia płuca po same obojczyki, krew zaczyna krążyć, aż dociera do bladych i zimnych tkanek nabieram ludzkich kolorów, łagodnieją moje kontury. chcę już iść dalej, włączyć kolejny bieg, ale czasami tak się nie da czasem moje ciało jest mądrzejsze i robi wbrew temu, co jaśnie homunculus prawi pokazuje swoją wyższość nad zadufaniem wiecznie głodnego człeka i gorączkuje, dławi kaszlem, omdlewa żeby w końcu wywalczyć trochę bezcelowości i dryfowania. więc jestem: zlana potem, rzygająca flegmą, spuchnięta jak zepsute jabłko znowu musiałam tutaj zajrzeć, żeby zrozumieć, że nigdzie nie muszę pę...

chicago

sufjan stevens - chicago ku wolności