noc mnie zapładnia. po długim niebycie niepewnie stawiam litery patrzę jak ich kolana drżą, koślawią własne kroki wypadają z bieli ekranu i kapią na podłogę jak ten przeraźliwie chłodny deszcz za uchylonym oknem. tańczące złowieszczo trąby powietrzne kładą szeregi leśnych drzew, niczym potulne szczeniaki do snu są jak wiedźmy pędzące na sabat. a ja, kochanica Baudelair'a cicho śnię o lepkiej zgniliźnie i cuchnącym rozkładzie zawszonej pościeli ciepłej od krzepnącej krwi. odsysam swoją energię, mój potencjał mętnieje blednę zasypiając tu kolejnej nocy. wypalane zdjęcia sprzed lat niosą ze sobą chłodną wiadomość hiob szepcze do ucha równocześnie gładząc moje znów krótsze włosy lata mijają, oddech się spłyca a ja wciąż nie wiem, albo nie mogę wierzę zbyt słabo. skręcam druty na własnej głowie i nastawiam częstotliwość na znajomy program i mówię, mówię, plotę trzy po trzy od początku to samo wyrzute zdania, wyblakłe sytuacje i recytowane dialogi wymiotuję ...