noc mnie zapładnia.
po długim niebycie niepewnie stawiam litery
patrzę jak ich kolana drżą, koślawią własne kroki
wypadają z bieli ekranu i kapią na podłogę
jak ten przeraźliwie chłodny deszcz za uchylonym oknem.
tańczące złowieszczo trąby powietrzne kładą szeregi leśnych drzew, niczym potulne
szczeniaki do snu
są jak wiedźmy pędzące na sabat.
a ja, kochanica Baudelair'a cicho śnię o lepkiej zgniliźnie i cuchnącym rozkładzie
zawszonej pościeli ciepłej od krzepnącej krwi.
odsysam swoją energię, mój potencjał mętnieje
blednę zasypiając tu kolejnej nocy.
wypalane zdjęcia sprzed lat niosą ze sobą chłodną wiadomość
hiob szepcze do ucha równocześnie gładząc moje znów krótsze włosy
lata mijają, oddech się spłyca
a ja wciąż nie wiem, albo nie mogę
wierzę zbyt słabo.
skręcam druty na własnej głowie i nastawiam częstotliwość na znajomy program
i mówię, mówię, plotę trzy po trzy
od początku to samo
wyrzute zdania, wyblakłe sytuacje i recytowane dialogi
wymiotuję tym naprawianiem siebie
i zachłystuję się planami
niewykonalnymi dopóki nie zacznę pluć żółcią.

Komentarze
Prześlij komentarz