Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2011

i am not an island

witaj jeszcze nowszy roku zaskoczyłeś. piszę nie dlatego, że potrzebuję, a dlatego, że chcę. na litość boską, wiem przecież, kiedy się pragnie. pomyliły mi się kolejności i zależność ta powinna być zerwana. jakkolwiek wiele pięknych rzeczy się rodzi w bólu, to jest to związek dość mizerny, zwłaszcza gdy lubuję się w tańcu ze słowami. sprowadziło się to do tego, że by tworzyć, musi być mi źle, a że twórczość jest mi potrzebna, to godzę w swoje słabości, karcę się rozmyślnie. brudzę ręce ropą z ran, które paprają się przepięknie. to moja korzyść w cierpieniu. miewam wrażenie, że w szczęściu wszystko zostało już powiedziane. nie ma nic do dodania. jest bezbarwne i przewidywalne, usypia monotonią. to oczywistość. o tym się nie opowiada, choć przez to staje się ulotnym i zapominanym. to jak nie branie dobrego ucznia do odpowiedzi, bo przecież potrafi. powinno się jednak to pielęgnować, chuchać, dmuchać i utulać. dzielić się promieniejąc. należy uznać ważność rzeczy dobrych i tak - zalegaliz...

nad miastem tej nocy

najwięcej myśli klaruje mi się pod prysznicem. gdy stoję naga w dusznych oparach o zapachu jaśminu i rozkoszuję się strumieniem wody masującym moje ciało, wewnątrz wszystko się umelodyjnia w przepięknej harmonii. na jednym wydechu staram się spisywać myśli, które wolno i wyraźnie wyszeptują mi się w głowie. odkrywam jakieś proste zasady, pasujące do wszystkiego i wiem, że może to trochę przerażać. z pozycji obserwatora mam całe spektrum możliwości, choć co prawda - coraz mniej przyjemnych. chciałam zaapelować surową bezpowrotność, która przychodzi zawsze, ale to ze wściekle świńską upartością zawsze , po śpiewnej, rozmarzonej naiwności o oczach dzieciaka. i tego nie da się nauczyć, nie ma możliwości ustrzec się przed skutkami, o ile w ogóle porusza się między istotami w poszukiwaniu ciepłego zrozumienia, ukojenia egzystencjalnej rozpaczy, utulenia w strachu przed nicością. a jak tego nie robić? jeśli składasz dary ofiarne w postaci twoich słabości pod stopy więźnia swojego ego, zawsze,...

ciemnego pokoju

nie trzeba się bać wiesz? nie potrzebuję latarki. sugestywność nie zna wycofania nawet nie rozważa tej dziury w definicji między jedynką a zerem zmiana zdania (pomijając jego obecność) jest czymś niezrozumiałym. a łapiąc w rozbiegu przypadkową klamkę i nawet wpadając do obcego korytarza wcale nie musimy chwalić dnia dygając jak pacynka, ściągać butów i układać noskami w jednym kierunku nie musimy też wchodzić jak cielę do salonu i zapadać się jak sześciolatek w wysiedzianym fotelu przez takich jak my obstawieni lekko wyglądającymi stoliczkami do kawy gdy jej nawet nie pijamy. słuchając pospolitego hałasu sześciu odpłynęłam w dalekie krainy nieświadomości bez imion, twarzy, czasu, ni jakichkolwiek zależności bez ja , moje , teraz i echem odbijającego się DLACZEGO . rozszalały chaos krzyczący o usystematyzowanie w grafiku o buchalteryjne opisanie w liczbach i diagramach nagle sam się rozplątał supły puściły tak gładko i słodko jak cukier topiący się w wodzie wielk...

mogłabym

jak już powiedziano jest rzeczywistość i rzeczywistość. nie wiszę pomiędzy, nie mówię o sobie w liczbie mnogiej, ani osobie trzeciej jestem blisko, choć prostuję łopatki na ścianie i liczę oddechy jestem wciąż pewniej rysowana grubym konturem senny szkic wyraźnieje, jak postaci wyłaniające się z mglistej powłoki. czas jest dobrym sposobem na wszystko więc czasuję się tik tak biegnę po tarczy przeskakując wskazówki czasem wdycham strute chemią powietrze tylko na własną odpowiedzialność. odkrywam proste prawdy jak to, że oczy iori są od płakania a każdy nowy dzień po to, by się cieszyć. powtarzalność wcale nie jest morderstwem to dopiero kicz wymierza policzki. wiem już, że bywam zmanierowana w swojej obsesji szukania absolutu a to tu, całkiem blisko w skórze, którą zamieszkuję. dzisiaj spojrzałam nieznajomemu głęboko w jego przymglone oczy bezwstydnie zawiesiłam na nim wzrok w kołyszącym pociągu i pomyślałam sobie na granicy bezwiedniości, że ja mogłabym ko...

witaj, pająku

noce roją w sobie ten złowieszczy, martwy spokój, który jeży na skórze szeregi drobnych włosków wtulając się w morfeusze ramiona wydycham melodie subtelne i mdłe, duszące w barokowej dostojności nieufnej i dziwacznej. nie czuję ani zimy, ni jesieni zawiesiłam się w czasie, gdzieś między zapachem brzozy i ciepłem piasku pod stopami. targam coraz cięższe od rozlanego atramentu notesy, a mój krzyż cierpi i płacze gdy nogi uparcie zrywają się do biegu coraz szybszego, bardziej nieludzkiego. i tak groteskowo poganiam sama siebie, żeby być lepsza właściwsza mojsza. noszę w sobie smutek tak głęboki i palący, który nie mógł zamienić się w nic więcej, ni mniej, jak soczystą pogardę rozbuchaną wrogość syczącą jak palone młode drewno języki wyniosłości liżą każdego po kolei, by zostawić swąd i pieczenie jako pamiątki zaprzeszłego kochania. można ścielić łóżko machinalnie, każdego dnia każdego kochanka jednak niedobre sny wracają, a jak się okazuje schowek na buty nigdy nie został zapomniany metod...

western

w szkole podstawowej zadawano pracę opiętą w pytanie 'kim jestem?' dzieci w swojej rozkosznej prawdziwości rozpisywały się koślawymi literami, co tuszu w piórach o wygiętej stalówce jednym ciurkiem, bez zastanowienia rozkładały na kawałki swoje ja linijka, za linijką, broń boże w kratach więzić słowa pamiętam śmieszne b, z frędzelkiem na brzuszku, którego już nie używam i równie dziwne wielkie G, dziś zastąpione drukowanym krewnym. dzisiaj wiem, kim nie jestem bo przecież uczymy się wiecznego zaprzeczania, protestów głośnego: NIE, NIE MASZ RACJI jednak gdy odwrócić pytanie, pozostaje głucha cisza od czasu do czasu przerywana nierytmicznym kapaniem w swądzie wilgoci i niby sączą się wrażenia zbyt subtelne, by zrozumieć, czym są naprawdę. ściągam rękawiczki i na palcach jednej ręki potrafię policzyć role, które odgrywam dla innych zaszczepiamy sobie podprogowo pewną wiedzę, wcześniej niewidzianą, acz przyjętą za pewnik jakby to be continued, ale w drugą stronę. k...

the other i

wszystko się odbylejaczy jeśli w ogóle takim mogło kiedykolwiek być niekiedy warto stanąć przed szarą ścianą, by wyjaskrawić swoje ja czasem nawet wypiąć się w szeregu ludzi innych i usłyszeć to przyjemnie niepokojące - boję się ciebie. ja też. zaczynam rozumieć, że moja bolączka to nie rozcząstkowanie, ani surowo brzmiąca niekompletność. to nic innego, jak rozbudowane systemy skrzętnie uwiązane w pełne alter ega, niezależnie funkcjonujące persony, wijące się wśród pajęczych sieci, aby nie skrzyżować dróg. the other i. tak więc wszystko melodyjnie rozbrzmiewa, pieści harmonią, dopóki grafy na siebie nie nachodzą i nie tworzy się zbiór wspólny. potem już tylko pozostaje zagryzać wargi do omdlenia i zagrać w rosyjską ruletkę z cichą nadzieją, że prawdziwa ja pociągnie za spust, gdy kolba będzie pusta. to moja prywatna sale guerre, drogie dzieci. postawiłam sobie w ogrodzie drabinę, jakubie mam poobijane biodra, a na stopach porozcinane ropienie i wrażenie, że z nieba sypie się sól. gdy z...

dookoła szyi

pokręciłem głową. choć kręcenie głową naprawdę niczego nie rozwiązuje jeszcze raz siadam przed purpurową ścianą z zamiarem posprzątania w swojej głowie odłożę na opisane półki mentalnej spiżarni ponumerowane myśli w słoikach jednak gdy tylko się do nich zbliżam, znikają, pękają bez dźwięku i giną w eterze jestem dzieckiem biegającym za balonikami ze szpilką w dłoni. jeszcze osiem tysięcy. ta jesień podobno już się dopełnia, na dniach śnieżne istoty zsypią z nieba niewinnie białą pokrywę, z początku zawsze zachwycającą, by na koniec każdy nią gardził potem będzie już tylko ciszej i bardziej pusto świat zaśnie ja już śpię, nie pamiętam jak długo emocjonalne odleżyny nie powstają w jedną noc. podręcznik mnogości mych zachowań zawiera tylko trzy stany malowniczo ludzkie zachowania. zdradliwa apatia o milczeniu ważącym setki kilogramów, które boleśnie gniotą moje kończyny kuśtykam z łoskotem między wrażeniami, słodko gruchoczą moje kości jestem więźniem bezruchu palący nieludzki smutek , r...

aż wzejdzie słońce

czekam do rana wsłuchując się w pomruki i bezdechy mojego kota patrzę się w suche, coraz bardziej złociste brzozy przed oknem aż przyjdzie jakaś cudowna myśl, rozwiązująca wszystko taka, co mnie wybudzi z niespodziewanej depresji przez brak ostrego słońca, bałkańskiej muzyki i 35 stopniowych upałów i w końcu pchnie do przodu na tyle, bym dotrzymała kroku teraźniejszości. przyszło mi zdrowo żyć. jako chłopiec z krótkimi włosami obfite śniadanie z mlekiem, zawsze warzywo w akompaniamencie odrobiny mięsa, świeże pieczywo, z którego zrezygnować nie umiem garstka przyjemności i ruch, ruch, ruch, obsesja poruszania. kolejny dzień bez alkoholu, który okazał się problemem i dzień i procenty.

oda do jesieni

zawsze jest jakiś worek mąki albo gipsu. tak jak nie dostrzega się rosnących włosów, gdy patrzysz każdego dnia w lustro, tak nie notuje się zmian w swoim profilu krążąc to tu, to tam, uciekając przed sobą i tym, co zostało z mitu wietrznego gdańska, który tak kochałam odcinałam powoli kable, jeden za drugim. uciekłam z czeskich ziem bez oglądania się za siebie 17h mentalnej podróży w samotni, między ludźmi, których pewnie nigdy już nie spotkam tamte nocne rozmowy były jak serwowanie siebie w pigułce gdy weszłam do swojego pokoju, rzucając za ciężki plecak pod nogi poczułam, że ta sypialnia nie należy do mnie to komnata agaty sprzed lat, oliwkowej, zahukanej i milczącej. usiadłam na podłodze i w bezdyskusyjnym amoku, zaczęła wyrzucać rzeczy już-nie-moje, nie zatrzymując się nawet przy tym, co wydawać się mogło, miało dla mnie ogromną wartość sentymentalne śmieci, kotwice mocujące w dniach sprzed lat trzy ogromne worki przeszłości. a potem zdarłam farbę ze ścian, zdjęłam z...

czeskie powietrze

jeszcze raz narysowałam wielkimi literami na kartce SPOKÓJ i patrzę na to godzinami działa jestem nowa, lżejsza o kilkanaście centymetrów suchych włosów i moja głowa oddycha czeskim letnim powietrzem niektóre zastrupiałe myśli ociekają limfą jednak to tyle, co nic każdy chodzi pozszywany ja noszę bliznę w kształcie znaku zapytania to wiele tłumaczy nie wiem tyle rzeczy o sobie, jednak coraz więcej o ludziach hej, pokocham cię hej, pokocham cię? bo pytam przecież 10.08.2011

lekkość

przed wyjazdem piłując zaschnięte korzenie aż po krwawiące kolana zastanawiałam się czy to wszystko właściwe jakby bez początku i bez końca gubiłam niemiłosiernie słowa. leniwie, acz z machinalną dokładnością zwijałam kable pod stolik jakby to była część świętego rytuału potem obejmując ręką sukienkę przysuwałam się do ekranu zupełnie jak pianistka przygotowująca się do gry na instrumencie a przed dotknięciem klawiszy długo i powoli wycierałam kurz z klawiatury poprawiałam zbyt długie już włosy prostowałam z gracją kręgosłup świdrując skupionym wzrokiem ekran jakby to wszystko w czymś pomóc miało. i nic. nic nie miałam do powiedzenia a wstyd mi było pisać o niczym. a potem był już tylko czas błogiej nieświadomości setek kilometrów przed sobą i za sobą, słonecznych dni o zapachu słonej, opalonej skóry, monumentalnych pierścieni i łańcuchów gór, opętanych bosych tańców w trawie, mistycznej muzyki i hipnotyzujących obrazów, nieśmiałego trzymania za rękę, obcych słów a znajomych uczuć i w...

list do p.

mi się wydaje, że zawsze w ten deseń odpowiadam "wszystko nabiera pożądanych kształtów i wymiarów", a ciągle jest ten sam stan, nieruchliwy i zupełnie w niczym nie nadzwyczajny. papka. odpowiedź pewnie też zależy od humoru. wczoraj powiedziano do mnie "ej, dziewczyno, pierdolnij wszystko i jedź z nami" i czasami sobie myślę, co by było wtedy. pewnie nic. jestem zbyt przypięta do bezpiecznych wydeptanych szlaków tych malutkich życiek, żeby wszystko fenomenalnie pierdolnąć. nawet moja przeprowadzka do hiszpanii tak naprawdę jest grzeczna i sformalizowana, uczelnia mi na to pozwala, żaden survival. to w moim stylu. ryzykować bezpiecznie, szaleć zdroworosądkowo. podróżowanie na stopa w wakacje po odległych wymarzonych krainach, by całe 10 miesięcy uczyć się i pracować, być "odtąd dotąd". oczywiście nie jest tak źle, jak wygląda, tak jakoś się napisało, luźny zlepek zdań i przemyśleń. to nudne, ale wiesz, czuję się trochę sama. te wszystkie mrzonki o wielk...

kroniki portowe

pierwszy prawdziwie prześwietlony dzień rozwiane włosy z wplecionym między kosmki słońcem w ukochanym mieście, ulubionych dzielnicach ten niepowtarzalny wietrzny gdańsk lubię na plaży przykrywać stopy rozgrzanym piaskiem patrzeć na samoistnie przewracające się karty stedowej książki albo poezji o niczym i wszystkim o momentach, zwiewności wietrznych uczuciach, wiecznych wichurach. musi minąć rok, pełen rok kalendarzowy, by pogodzić się z utratą drugiej osoby. to fakt. musisz się z tym pogodzić jestem zakochana w portowych miastach brodzeniu po kostki w pianie morskiej, otulaniu ciała bryzą, sklejonych solą warkoczach potężne mury imperium rzymskiego zbudują mi nowy dom tam moja skóra zrobi się słona i złocista, a włosy coraz dłuższe, choć już teraz leżące niesfornie na plecach kroniki portowe - tak powinno się to wszystko nazywać. mija rok.

my heart is not that small

zbliżają się pastelowe dni słomianymi szeleszczącymi krokami włosy coraz dłuższe tańczą z podmuchami wiatru, wielokolorowe sukienki zlewają się z kwieciście obsypanymi polanami przestaje przeszkadzać mi miraż kolaż wspomnień i obecności. staram się żyć do końca, nie dawkować perfekcyjnie odważonych porcji czasu tykań zegara temu, czemu nie trzeba, czemu nie chcę nie podoba mi się, wychodzę, ale nadal się uśmiecham bujam się z zamkniętymi oczyma. bo nie ma czasu na niepogodę.

food

czasami tracę pamięć i wydaje mi się, że mnie nie było kilka razy dziennie gubię tożsamość nie ma mnie wcale. może to dyspensa na wspomnienia instynkt samozachowawczy albo chciwe robactwo grabiące moje ja które niby gdzieś tam obezwładnienie leży uśpione chłodne zbłąkane o poobijanych kostkach i zimnych bosych stopach. czekające na - no właśnie, na co? wybudzam się z sennej apatii, oślepia mnie przymglone światło. nie potrafię wydusić z siebie właściwego, ba, jakiegokolwiek słowa przez zastygłe struny. ziemia drży i paruje, słyszę, jak oddycha w zapowiedzi czegoś wielkiego. nie jestem pewna do końca, czego. może ta myśl po prostu dopiero kiełkuje, by kwitnąć w swoim tempie, nie warto jej tak wcześnie, maluczkiej i bezkształtnej, wyrywać. chcę zastąpić wszystkie "mam" na "czuję", "jestem", każde "moje" na "mi". wertowanie wewnętrznego słownika będzie zarazem terapeutycznym wglądem we własne pokraczne w swym kalectwie postawy, zbrudzo...

bastet

nie interesują mnie konwencje ramy, szablony, kontury odrysowanie wzorów, planowanie wizerunku, organizowanie przestrzeni tej i tamtej. spektrum pojęcia jest zbyt szerokie, wybiega poza horyzont i mnoży po tysiąckroć. arsenałowe zapasy w podziemiach nieświadomości. chciałam zapytać mieć czy być, a potem ogłosić szabat. witalne istnie nie, spontaniczne konwersje, wewnętrzne wrzenie niekończące się wychylanie poza słowa i huśtanie na siedziskach plecionych ze znaczeń rozplątywanie wszelkich więzów, mętnych zależności. powtórnie zapłodniło mnie to życie dobry omen i nieincydentalnie śnił mi się bastet o dzikich oczach. a strach strach to tylko stan umysłu. pstryk i nie ma. a jeśli amen to tyle co pewność, to mogę umieścić to na końcu tego wpisu AMEN

limity

twoja ambiwalencja nieludzko mnie kołuje zawieszona jak na iglastej gałązce, w kolorowej sukience i brokatowych trzewikach, z półroześmianą buzią rumianymi polikami i suchymi włosami czekałam całą zimę, by spaść z łoskotem na wypolerowany parkiet rozbić się, jak sok malinowy malinowe buty pokleić wszystko dookoła, zostawić słodkie ślady. spektakularna ucieczka w hałasie pogrzebowych fajerwerków i plątaninie wyrzyganego confetti poseplenię o reszcie historii wam do uszek, powpinam nocą we włosy błyskotki o zapachu oceanu. wyciągnęłam z szafy odpustowe białe lakierki, symbol mojej męskości lekkie buty do uciekania pakuję więc życie w jedną walizkę, ścinam rudawe wspomnienia i zapinam kołnierz ciasno pod gardło. długo nie będziemy oddychać. popatrz jak mnie nie ma.

lista spraw

małi mój kokonie indyś żuczuś sklepowa dosia żuko i pszczółk troszku brzusio chuj niedobry KOKO SMOKO tyk smutnosz chce do ciebie TYRYZ mam pełen słoik słonych wspomnień o tobie

anogarrat

ostatni papieros to ten moment, by odejść. odliczanie minut, godzin, dni obłokami dymu. tykająca obliczona cisza. i wewnętrzny niezrozumiale smutny spokój, którym nie mogę się podzielić. dlatego patrząc im w oczy udaję, że wszyscy wiedzą i jest tuż po salwach śmiechu, gratulacji, uścisków, a równocześnie przed kującym wzruszeniem, zapowiedzią nostalgii i bezpiecznie trzymanych łez w oku. angielskie wyjście. angielska podróż. zbyt często brakuje mi słów. im dalej, tym bardziej wypłukuje mój słownik. to wszystko puste konstrukty rzeczy nienazywalnych, głucho obijające się boje w morzu pojęć. ja zawsze mówiłam lepiej klatkami zdjęć, opowiadałam baśnie muzyką. często przypadek rysuje nam kolejne dni. jak dziś te poranne dźwięki przebijające się przez senną powłokę, zawieszające się delikatnie na uchu i muskające powieki. śniące marzenie spowiło się tańcem głosów dwóch kochanków. po wybudzeniu słyszałam wyraźniej, za to uczucia się zamazały mglistą mazią. pierwotny język to podświadomoś...

have a nietzsche day

chciałabym leżeć całymi dniami w łóżku, słuchać jazzu, rozmyślać i ładnie wyglądać. palić papierosy, myśli, uczucia. zabunkrować się między dylematami, czy schnąć z tęsknoty, czy boleśnie zrozumieć, że nie ma za czym.' have a nietzsche day. to był niezwykle duszny i upalny dzień i miałam wrażenie, że im głośniej śpiewały chóralne głosy o zasłoniętych gazetami twarzach, tym mocniejszy wiatr się zrywał, pełen kurzu, lekkich myśli, głośnego śmiechu i zapachu zakochanych ludzi. lato miłości. miałam na sobie szeroką kwiecistą koszulę z bawełny, która szarpała się z humorami tego wietrznego południa, a ręką przytrzymywałam słomiany kapelusz. chodząc na boso paliłam dużo owocowych skrętów i trzymałam zawsze jeden za uchem. było idealnie.

wszystko

all, we ever wanted was everything. all we ever get was cold. EVERYTHING leczę się rozplątywać supły, robię na drutach, dziergam nową siebie. tuptam po śniegu w trampkach, które wychodziły mi piękne życie. toporne kroki zamieniły się w lekkość bytu, zahukanie w pewność siebie a mysi pisk w papierowy sukces. w nich nauczyłam się stepować, superbabka. jednak ich przyczepność ma swoje granice. nigdy nie umiałam tańczyć na kłodach sunących z nurtem rzeki. chyba nawet byłam pod wodą dłużej, niż 3 minuty. get up, eat jelly sandwich bars and barbed wire SQUASH EVERY WEEK INTO A DAY o ile łatwiej jest być pogodnym. nie węszyć spisków, nie czekać aż spadnie lodówka z nieba prosto na głowę. zarobaczałam od środka, bezwiednie i stopniowo. stałam się patologiczna dopiero, jak poznałam to słowo. dojrzewało jak wiśnie w słońcu, żadna sroka łaskawie mnie nie zjadła. i teraz mogę już tylko to zmienić, albo się ukrzyżować na słupie telegraficznym, jako przestroga dla dzieci neo. co jest bardziej prawdo...

uroczo

"zachowujemy zbyt wiele rzeczy. gdybym mogła zacząć od nowa, nie przepuszczałabym niczego. pozwalałam ludziom trwać w szaleństwie, nawet gdy robili sobie krzywdę. milczałam uważając, że mają prawo tacy być. ale tolerując to, nie szanujemy ludzi, lecz ich opuszczamy." z tego już nic nie będzie. to zdanie powinno być zakazane. podcinać języki, wyrywać paznokcie! albo nie: dożywocie. a dożywocie bez nadziei, beznadziejne jest. dopuszczam znaki na piętach, metki przy karku, że ktoś jest czyjś i amen. jednak nie pozwolę nigdy wierzyć w nieoznakowanie czy przeterminowanie. ludzie nie mają wad fabrycznych, tutaj nie istnieje reklamacja. oni po prostu są. i to nie dziwota, że inni. każdy gdzieś tę plamę ma. a tęsknota, dla odmiany, zamieniła się w zgagę i palić zaczyna zawsze w momencie, gdy myślę, że już przeszła. budzę się więc codziennie z bolącym gardłem, nocą znowuż seledynowo ropieje i puchnie przypominając liczi. zupełnie jak sny, które dziwaczeją szaleńczo, w zabójczym temp...

spotkałam fauna

wyśniłam fabrykę taśmowej produkcji marzeń . stanów, smaków i czuć. jeśli nektar napojem bogów, to herbata jest trunkiem czujących myślicieli często zawijających się w koce poszukując przytulności na swych refleksyjnych parapetach. od podłogi po sufit rosły malutkie półeczki z jeszcze drobniejszymi napisami. najpierw były to nazwy owoców, następnie ziół, drzew i czekolady. bezlik herbat oszałamiał. jednak im dalej szłam w głąb tejże fabryki, odkrywałam coraz dziwniejsze napisy - od zwierząt, przez miejsca i postaci, aż po uczucia. nie chodziło o mięsno-sierściowy smak kociej herbaty, czy rdzawo-smolisty stoczni. pijąc jeża, czułeś się nim, zakopującym się w suche jesienne liście i słuchającym tych jeszcze tańczących na wietrze wespół z siatkami, gazetami, szalikami przy zarumienionych twarzach. smak liceum przywodził tamtejsze wspomnienia, wrażenie czekania na dzwonek, by pływając podczas przerwy na falujących parkietach znowu zobaczyć znajome, dębowe oczy. wreszcie herbaty z uczuć...