i wracam, splątana, na zgubiony w czasie moment tę ciemną chwilę, gdy jestem tak krucha, że sypię się z każdym ze ściany zderzeniem kulę się do środka i niknę. za dnia szczerzę się i prężę, aż krzyż głucho strzyka dukam formułki uprzejmości by nocą zobaczyć, jak bezbarwnie spotulniałam. więc mydlę ospałe powieki gdy usta wypełniają się pianą a przeze mnie ciurkiem się leją niewypowiedziane słowa. a może pełnymi zdaniami o równie pełnych wdechach? załapałam pion w silnych ramionach ostrość widzenia pachnący świeżą trawą grunt. maluję się miękkimi pędzlami wielokolorowo leżę w fioletowej trawie, zakryta po szyję kwiecistą kołdrą ciężkie chmury nad głową uprawiają dziki maraton a ja zatrzymuję czas czaruję, jakbym robiła to od zawsze. bo co dwie lamy, to nie jedna. cho, pomarznijmy razem postójmy tu chwilę pomilczmy trochę i tak usłyszysz dudniące krwi uderzenia szczęście. piękną wiosnę mamy tej zimy.