długa, pusta cisza. pozwoliłam sobie kolejny raz sprowadzić wszystko do pustej strony nie gromadzę zbędnych słów, a może już żadne z nich nie mają dla mnie znaczenia. tyle lat na pierwszej stronie notatnika zapisuję surowe: "trać coś codziennie" i chyba ta piękna nauka weszła mi w krew. moją słabą, skąpą i zazdrosną krew. zablokowałam się na poezję, zaczęłam ją krytykować. uczestniczę w jakimś nienazwanym wyścigu w jedynej przestrzeni, która była wolna od wszelkich not. może to kolejna z tych pięknie smutnych rzeczy, która przemija, mimo wszelkich protestów wydobywających się z samego dna trzewi a może ja się znowu zmieniam, jak to było setki razy w moim śmiesznym żyćku. jak już o nim mowa, to lubi płatać mi figle bezduszne i karcące, tak zimne aż wszystko boli, gdy próbuję oddychać. i tak, gdy okiełznałam szaleństwo lęku przed własnym popierdoleniem w roli matki i nawet przyznałam przed sobą, że tak, jestem gotowa i chcę to moje zatrute cia...