Przejdź do głównej zawartości

jałowe pole

długa, pusta cisza.

pozwoliłam sobie kolejny raz sprowadzić wszystko do pustej strony
nie gromadzę zbędnych słów, a może już żadne z nich nie mają dla mnie znaczenia.
tyle lat na pierwszej stronie notatnika zapisuję surowe:
"trać coś codziennie"
i chyba ta piękna nauka weszła mi w krew.
moją słabą, skąpą i zazdrosną krew.

zablokowałam się na poezję, zaczęłam ją krytykować.
uczestniczę w jakimś nienazwanym wyścigu w jedynej przestrzeni, która była wolna od wszelkich not.
może to kolejna z tych pięknie smutnych rzeczy, która przemija, mimo wszelkich protestów wydobywających się z samego dna trzewi
a może ja się znowu zmieniam, jak to było setki razy w moim śmiesznym żyćku.
jak już o nim mowa, to lubi płatać mi figle
bezduszne i karcące, tak zimne aż wszystko boli, gdy próbuję oddychać.
i tak, gdy okiełznałam szaleństwo lęku przed własnym popierdoleniem w roli matki
i nawet przyznałam przed sobą, że tak, jestem gotowa i chcę
to moje zatrute ciało się zatrzymało
przestało kwitnąć
oswoiłam się z opisem, że jestem jałowa, jak pole
nawet ładnie to brzmi
tak naturalistycznie.
tylko nie wiedzieć dlaczego, widzę na tym obrazie męczące się zwierzę
brudne od błota, z połamanymi nogami, głośno sapiące w jesiennej mżawce.
to piękny potężny koń, wielkie ciepłe ciało na środku pustkowia.

zatęskniłam za wolnością, którą dawało mi obcowanie z tymi zwierzętami,
jak mogłam sobie to odebrać na tyle długich lat?

moloko - over & over

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

prosto

parę prostych zasad: spać kiedy się chce okłady z kota wskazane, nawet szujowatego (to dla zdrowia psychicznego) nie pić podczas posiłku, najwyżej pół godziny po rano szklanka ciepłej wody z cytryną a potem ciepłe śniadanie spacery, dużo spacerów (lepiej się oddycha, lepiej się śni) i jak najszybciej zaszczepić się na grypsko. dodam ponad wszystko: mniej nonszalancji i ignorancji w ogóle i idzie jakoś przetrwać. gdy wzroku nie przyćmiewa mi wżarte w kościec poczucie wyobcowania zauważam, że wokół roi się od ludzi ciepłych, zainteresowanych, chcących kontaktu (może też są samotni w środku?). moje chłodne spojrzenie łagodzą zwyczajne sprawy zaproszenie na przechadzkę, wspólne jedzenie ciastek przy herbacie nie odrzucam tych okazji ad hoc, jak przyszło mi robić czekając na coś większego, goniąc za króliczkiem. zamiast tęsknić biernie za zamkniętą przeszłością próbuję chwytać to, co jest. i myślę sobie: może tak zaczyna się przyjaźń?

pot i flegma

gdy rzeczywistość wymaga mobilizacji a wyzwania rysują się na horyzoncie jak ostre noże wyłączam guzikiem na karku czucie. idę przed siebie jak naćpany żołnierz i robię to, co do mnie należy. zawsze tak samo - z prostym przedziałkiem i w wypolerowanych sztybletach. po wszystkim robi się głucho, a powietrze zastyga ciepłe i gęste a ja powoli zaczynam oddychać. pierwszy głęboki oddech wypełnia płuca po same obojczyki, krew zaczyna krążyć, aż dociera do bladych i zimnych tkanek nabieram ludzkich kolorów, łagodnieją moje kontury. chcę już iść dalej, włączyć kolejny bieg, ale czasami tak się nie da czasem moje ciało jest mądrzejsze i robi wbrew temu, co jaśnie homunculus prawi pokazuje swoją wyższość nad zadufaniem wiecznie głodnego człeka i gorączkuje, dławi kaszlem, omdlewa żeby w końcu wywalczyć trochę bezcelowości i dryfowania. więc jestem: zlana potem, rzygająca flegmą, spuchnięta jak zepsute jabłko znowu musiałam tutaj zajrzeć, żeby zrozumieć, że nigdzie nie muszę pę...

chicago

sufjan stevens - chicago ku wolności