długa, pusta cisza.
pozwoliłam sobie kolejny raz sprowadzić wszystko do pustej strony
nie gromadzę zbędnych słów, a może już żadne z nich nie mają dla mnie znaczenia.
tyle lat na pierwszej stronie notatnika zapisuję surowe:
"trać coś codziennie"
i chyba ta piękna nauka weszła mi w krew.
moją słabą, skąpą i zazdrosną krew.
zablokowałam się na poezję, zaczęłam ją krytykować.
uczestniczę w jakimś nienazwanym wyścigu w jedynej przestrzeni, która była wolna od wszelkich not.
może to kolejna z tych pięknie smutnych rzeczy, która przemija, mimo wszelkich protestów wydobywających się z samego dna trzewi
a może ja się znowu zmieniam, jak to było setki razy w moim śmiesznym żyćku.
jak już o nim mowa, to lubi płatać mi figle
bezduszne i karcące, tak zimne aż wszystko boli, gdy próbuję oddychać.
i tak, gdy okiełznałam szaleństwo lęku przed własnym popierdoleniem w roli matki
i nawet przyznałam przed sobą, że tak, jestem gotowa i chcę
to moje zatrute ciało się zatrzymało
przestało kwitnąć
oswoiłam się z opisem, że jestem jałowa, jak pole
nawet ładnie to brzmi
tak naturalistycznie.
tylko nie wiedzieć dlaczego, widzę na tym obrazie męczące się zwierzę
brudne od błota, z połamanymi nogami, głośno sapiące w jesiennej mżawce.
to piękny potężny koń, wielkie ciepłe ciało na środku pustkowia.
zatęskniłam za wolnością, którą dawało mi obcowanie z tymi zwierzętami,
jak mogłam sobie to odebrać na tyle długich lat?
Komentarze
Prześlij komentarz