wyjechałam. każdym centymetrem swojego ciała i każdym gramem swojej duszy. odcięte pępowiny przestały krwawić a rany zamieniają się w strupy koloru brandy i wiem, że pod tą powierzchnią jest delikatna różowa skóra . chyba tak naprawdę poczułam swój wyjazd, fizyczny i mentalny, dopiero w momencie, gdy całkowicie i niedoczekanie rozpakowałam swoją walizkę. targałam ją z miejsca na miejsce przez ostatnie dwa tygodnie bycia w świadomości nie posiadania swojego kąta. kiedyś podziwiałam ideę posiadania stu rzeczy, jednak wydawało mi się to niewykonalne i niezwykle ascetyczne. był to akt poświęcenia. teraz widzę, że w pewnych wymiarach jestem święta i zamykam się w połowie tej ilości. zasiedlam swój pokój, nadaję mu charakteru, a w kuchni gromadzę ulubione przyprawy. jestem ciekawa kolejnych dni, mniej i bardziej ważnych wydarzeń, kryzysów, gdy walę głową w mur i radości wykrzyczanych w przestrzeń, wyśnionego życia aniołów , które rysuję sobie na wzór mar sennych i wszystkich wyczytanych, wys...