Przejdź do głównej zawartości

głębiny










wyjechałam. każdym centymetrem swojego ciała i każdym gramem swojej duszy. odcięte pępowiny przestały krwawić a rany zamieniają się w strupy koloru brandy i wiem, że pod tą powierzchnią jest delikatna różowa skóra. chyba tak naprawdę poczułam swój wyjazd, fizyczny i mentalny, dopiero w momencie, gdy całkowicie i niedoczekanie rozpakowałam swoją walizkę. targałam ją z miejsca na miejsce przez ostatnie dwa tygodnie bycia w świadomości nie posiadania swojego kąta. kiedyś podziwiałam ideę posiadania stu rzeczy, jednak wydawało mi się to niewykonalne i niezwykle ascetyczne. był to akt poświęcenia. teraz widzę, że w pewnych wymiarach jestem święta i zamykam się w połowie tej ilości. zasiedlam swój pokój, nadaję mu charakteru, a w kuchni gromadzę ulubione przyprawy. jestem ciekawa kolejnych dni, mniej i bardziej ważnych wydarzeń, kryzysów, gdy walę głową w mur i radości wykrzyczanych w przestrzeń, wyśnionego życia aniołów, które rysuję sobie na wzór mar sennych i wszystkich wyczytanych, wysłuchanych i odczutych historii noszonych w trzewiach od początku świata. łaknę nowości i już się nie boję. bo przecież nie trzeba się bać.

tylko kochając, można być szczęśliwym
jeśli nie będziesz kochał
twoje życie minie niezauważenie
czyń dobro
zachwycaj się
nie trać nadziei.




to mieszkanie jest jakby zawieszone w przestrzeni
śmieje się z zegarowej tarczy.
jest chłodne i niezrozumiałe
obsesyjnie obwieszone lustrami
z krasnoludzimi krzesłami i krzyżackimi ciężkimi meblami
a nocą ktoś szura zbyt długimi nogawkami chodząc zawiniętymi w spiralę korytarzami.
jestem w domu.
jak się dobrze przyjrzysz, to zauważysz siną smugę swojego oddechu
jest spokojny i harmonijny
i patrzę, jak w tak samo pustych pokojach robi się przytulnie i zupełnie inaczej.

____________________________

nowa historia
mistrz i agata
on konkretny jak betonowy słup
w moim elastycznym, piankowym świecie
chłonę.

rozcząstkowana wypłynęłam na głębokie wody
a prądy głębinowe sunące po dnie oceanu są jak artyści
kunszt tworzenia, wirtuozeria przemian
muskają ostre szkło zamieniając je w gładkie błyskotki
każdy taką chciałby mieć w kieszeni
głaskać bezwiednie w geście uspokojenia.

chodźmy na podwodny spacer.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

prosto

parę prostych zasad: spać kiedy się chce okłady z kota wskazane, nawet szujowatego (to dla zdrowia psychicznego) nie pić podczas posiłku, najwyżej pół godziny po rano szklanka ciepłej wody z cytryną a potem ciepłe śniadanie spacery, dużo spacerów (lepiej się oddycha, lepiej się śni) i jak najszybciej zaszczepić się na grypsko. dodam ponad wszystko: mniej nonszalancji i ignorancji w ogóle i idzie jakoś przetrwać. gdy wzroku nie przyćmiewa mi wżarte w kościec poczucie wyobcowania zauważam, że wokół roi się od ludzi ciepłych, zainteresowanych, chcących kontaktu (może też są samotni w środku?). moje chłodne spojrzenie łagodzą zwyczajne sprawy zaproszenie na przechadzkę, wspólne jedzenie ciastek przy herbacie nie odrzucam tych okazji ad hoc, jak przyszło mi robić czekając na coś większego, goniąc za króliczkiem. zamiast tęsknić biernie za zamkniętą przeszłością próbuję chwytać to, co jest. i myślę sobie: może tak zaczyna się przyjaźń?

pot i flegma

gdy rzeczywistość wymaga mobilizacji a wyzwania rysują się na horyzoncie jak ostre noże wyłączam guzikiem na karku czucie. idę przed siebie jak naćpany żołnierz i robię to, co do mnie należy. zawsze tak samo - z prostym przedziałkiem i w wypolerowanych sztybletach. po wszystkim robi się głucho, a powietrze zastyga ciepłe i gęste a ja powoli zaczynam oddychać. pierwszy głęboki oddech wypełnia płuca po same obojczyki, krew zaczyna krążyć, aż dociera do bladych i zimnych tkanek nabieram ludzkich kolorów, łagodnieją moje kontury. chcę już iść dalej, włączyć kolejny bieg, ale czasami tak się nie da czasem moje ciało jest mądrzejsze i robi wbrew temu, co jaśnie homunculus prawi pokazuje swoją wyższość nad zadufaniem wiecznie głodnego człeka i gorączkuje, dławi kaszlem, omdlewa żeby w końcu wywalczyć trochę bezcelowości i dryfowania. więc jestem: zlana potem, rzygająca flegmą, spuchnięta jak zepsute jabłko znowu musiałam tutaj zajrzeć, żeby zrozumieć, że nigdzie nie muszę pę...

chicago

sufjan stevens - chicago ku wolności