Przejdź do głównej zawartości

Posty

prosto

parę prostych zasad: spać kiedy się chce okłady z kota wskazane, nawet szujowatego (to dla zdrowia psychicznego) nie pić podczas posiłku, najwyżej pół godziny po rano szklanka ciepłej wody z cytryną a potem ciepłe śniadanie spacery, dużo spacerów (lepiej się oddycha, lepiej się śni) i jak najszybciej zaszczepić się na grypsko. dodam ponad wszystko: mniej nonszalancji i ignorancji w ogóle i idzie jakoś przetrwać. gdy wzroku nie przyćmiewa mi wżarte w kościec poczucie wyobcowania zauważam, że wokół roi się od ludzi ciepłych, zainteresowanych, chcących kontaktu (może też są samotni w środku?). moje chłodne spojrzenie łagodzą zwyczajne sprawy zaproszenie na przechadzkę, wspólne jedzenie ciastek przy herbacie nie odrzucam tych okazji ad hoc, jak przyszło mi robić czekając na coś większego, goniąc za króliczkiem. zamiast tęsknić biernie za zamkniętą przeszłością próbuję chwytać to, co jest. i myślę sobie: może tak zaczyna się przyjaźń?
Najnowsze posty

parę ulic dalej

ja wciąż pamiętam każdy szczegół tamtego życia chodzę po tym mieszkaniu, gdy wszyscy śpią zaglądam z jakąś świętością do ciężkich szaf wygładzam wschodni obrus w jadalni chłonę dźwięki najlepszej muzyki, bezkrytyczna, upojona. klatkę rozrywa mi paląca tęsknota, jest jak pasożyt nie ma żadnego medykamentu, który by mnie oswobodził. i tak od dekady. dokładnie tam zamknęło się moje życie. najwyraźniej zapamiętane, najczulej wspominane wraca do mnie w snach i czuję ulgę - uf, wszystko wróciło, już jestem. zawieszenie. nigdy nie zacznę żyć teraz, nawet w tak kluczowym momencie. melody gardot - four women czy tam naprawdę było moje miejsce? parę ulic dalej, wiele lat temu?

rewolucji tydzień piąty

jest noc pierwsza bezsenna nie z powodu panicznego nadmyślenia pierwsza bez snu z czystej ekscytacji czekam do poranka licząc, że to wszystko wciąż jest prawdziwe. jak to bure niebo za szybą jak chłód północnego wiatru wdzierającego się do mieszkania jak wszystkie skrzeczące mewy w moim ukochanym nadmorskim mieście. chciałam mieć wszystko zaplanowane, podejmować decyzje, obliczać a życie wybrało za mnie. pomimo surowych diagnoz, zimnego laboratorium w mojej waginie zakpiło z tej niezwykle sztucznej instytucji, gdzie wszystko wzbudza ten sam niepokój co żony ze Stepford. wygląda na to, że to 5 tydzień rewolucji. stało się niemożliwe. to nasze ciągłe zaskakiwanie. Kevin Morby - Harlem River

niebycie

ja już chyba nie umiem w poezję stałam się twarda jak szkło i przezroczysta wszystko przeze mnie widać. moje ostatnie słowa uruchomiły potężną lawinę lekarze zaczęli rozmawiać po łacinie, a na głowie było coraz mniej piór. wyobrażałam sobie, że w moim żołądku wyrósł las piękny, gęsty i dziki. w przerwach między śnieniem czekałam na wyrok budziły mnie dzwony kościelne albo letnia gorączka i bach! dostałam szansę od życia tylko nieśmiało pytam jak to przyjąć, że niemal wszystko się skończyło że otarłam się o koniec że pożegnałam się w duchu i poczułam, że każdy mój krok do tego miejsca prowadził? bawię się w niebezpieczną grę w chowanego z życiem i całkiem poważnie uznaję to wszystko za niebyłe.

być może

śmieszne, milczałam tak długo, jak trwa ciąża a ja jestem pusta - niezmiennie. za to zapłodniło mnie życie całą paletą doświadczeń. trochę nie wiem, jak je poskładać w małym, wygniecionym pudełku jak spleść w jakąś miłą materię ten splątany bieg spraw jak dzielnie spojrzeć w lustro nazywając rzeczy po imieniu. czasami biegnę przed siebie ile sił w płucach śmieję się wniebogłosy a czasami walę głową mur i na końcu gardła ściskam płacz. teraz jestem gdzieś pomiędzy. moje ulubione miejsce mam zarezerwowane piękne atłasowe siedzisko o kolorze głębin jezior ja, topielica. być może nie mogę mieć dzieci być może moja mama umiera co jeśli nie będzie jej, a ja nią się jeszcze nie stanę? a co było dokładnie 10 lat temu wydawało się wieczne śmieszne, nie?

jałowe pole

długa, pusta cisza. pozwoliłam sobie kolejny raz sprowadzić wszystko do pustej strony nie gromadzę zbędnych słów, a może już żadne z nich nie mają dla mnie znaczenia. tyle lat na pierwszej stronie notatnika zapisuję surowe: "trać coś codziennie" i chyba ta piękna nauka weszła mi w krew. moją słabą, skąpą i zazdrosną krew. zablokowałam się na poezję, zaczęłam ją krytykować. uczestniczę w jakimś nienazwanym wyścigu w jedynej przestrzeni, która była wolna od wszelkich not. może to kolejna z tych pięknie smutnych rzeczy, która przemija, mimo wszelkich protestów wydobywających się z samego dna trzewi a może ja się znowu zmieniam, jak to było setki razy w moim śmiesznym żyćku. jak już o nim mowa, to lubi płatać mi figle bezduszne i karcące, tak zimne aż wszystko boli, gdy próbuję oddychać. i tak, gdy okiełznałam szaleństwo lęku przed własnym popierdoleniem w roli matki i nawet przyznałam przed sobą, że tak, jestem gotowa i chcę to moje zatrute cia...

pot i flegma

gdy rzeczywistość wymaga mobilizacji a wyzwania rysują się na horyzoncie jak ostre noże wyłączam guzikiem na karku czucie. idę przed siebie jak naćpany żołnierz i robię to, co do mnie należy. zawsze tak samo - z prostym przedziałkiem i w wypolerowanych sztybletach. po wszystkim robi się głucho, a powietrze zastyga ciepłe i gęste a ja powoli zaczynam oddychać. pierwszy głęboki oddech wypełnia płuca po same obojczyki, krew zaczyna krążyć, aż dociera do bladych i zimnych tkanek nabieram ludzkich kolorów, łagodnieją moje kontury. chcę już iść dalej, włączyć kolejny bieg, ale czasami tak się nie da czasem moje ciało jest mądrzejsze i robi wbrew temu, co jaśnie homunculus prawi pokazuje swoją wyższość nad zadufaniem wiecznie głodnego człeka i gorączkuje, dławi kaszlem, omdlewa żeby w końcu wywalczyć trochę bezcelowości i dryfowania. więc jestem: zlana potem, rzygająca flegmą, spuchnięta jak zepsute jabłko znowu musiałam tutaj zajrzeć, żeby zrozumieć, że nigdzie nie muszę pę...