parę prostych zasad: spać kiedy się chce okłady z kota wskazane, nawet szujowatego (to dla zdrowia psychicznego) nie pić podczas posiłku, najwyżej pół godziny po rano szklanka ciepłej wody z cytryną a potem ciepłe śniadanie spacery, dużo spacerów (lepiej się oddycha, lepiej się śni) i jak najszybciej zaszczepić się na grypsko. dodam ponad wszystko: mniej nonszalancji i ignorancji w ogóle i idzie jakoś przetrwać. gdy wzroku nie przyćmiewa mi wżarte w kościec poczucie wyobcowania zauważam, że wokół roi się od ludzi ciepłych, zainteresowanych, chcących kontaktu (może też są samotni w środku?). moje chłodne spojrzenie łagodzą zwyczajne sprawy zaproszenie na przechadzkę, wspólne jedzenie ciastek przy herbacie nie odrzucam tych okazji ad hoc, jak przyszło mi robić czekając na coś większego, goniąc za króliczkiem. zamiast tęsknić biernie za zamkniętą przeszłością próbuję chwytać to, co jest. i myślę sobie: może tak zaczyna się przyjaźń?
ja wciąż pamiętam każdy szczegół tamtego życia chodzę po tym mieszkaniu, gdy wszyscy śpią zaglądam z jakąś świętością do ciężkich szaf wygładzam wschodni obrus w jadalni chłonę dźwięki najlepszej muzyki, bezkrytyczna, upojona. klatkę rozrywa mi paląca tęsknota, jest jak pasożyt nie ma żadnego medykamentu, który by mnie oswobodził. i tak od dekady. dokładnie tam zamknęło się moje życie. najwyraźniej zapamiętane, najczulej wspominane wraca do mnie w snach i czuję ulgę - uf, wszystko wróciło, już jestem. zawieszenie. nigdy nie zacznę żyć teraz, nawet w tak kluczowym momencie. melody gardot - four women czy tam naprawdę było moje miejsce? parę ulic dalej, wiele lat temu?