noce roją w sobie ten złowieszczy, martwy spokój, który jeży na skórze szeregi drobnych włosków
wtulając się w morfeusze ramiona wydycham melodie subtelne i mdłe, duszące w barokowej dostojności
nieufnej i dziwacznej.
nie czuję ani zimy, ni jesieni
zawiesiłam się w czasie, gdzieś między zapachem brzozy i ciepłem piasku pod stopami.
targam coraz cięższe od rozlanego atramentu notesy, a mój krzyż cierpi i płacze gdy nogi uparcie zrywają się do biegu
coraz szybszego, bardziej nieludzkiego.
i tak groteskowo poganiam sama siebie, żeby być lepsza
właściwsza
mojsza.
noszę w sobie smutek tak głęboki i palący, który nie mógł zamienić się w nic więcej, ni mniej, jak soczystą pogardę
rozbuchaną wrogość syczącą jak palone młode drewno
języki wyniosłości liżą każdego po kolei, by zostawić swąd i pieczenie jako pamiątki zaprzeszłego kochania.
można ścielić łóżko machinalnie, każdego dnia
każdego kochanka
jednak niedobre sny wracają, a jak się okazuje schowek na buty nigdy nie został zapomniany
metodologia nauczyła mnie biegać również na boso.
muszę zabić robaka.
dopóki wił się w moim żołądku i pustoszył trzewia, w majakach znosiłam katusze
teraz zjada moje jestestwo zawarte w dwudziestu paru gramach
charcząc wyrzyguje wpół strawione szczątki osobowości i zachłannie wpycha je do gęby ponownie
koło ohydy się zamyka.
moja tożsamość, wystawiona na żer jak kawałek soczystego mięsa, znika
nie wiem, kim jestem
nie wiem, w którym kierunku biec co sił w płucach, potęgi w mięśniach i odwagi, czy szaleństwa w umyśle
bezimiennym trudno walczyć o swoje
a ja nie jestem cieniem i nie urodziłam się w środę.
i'm so sorry
my spirit's rarely in my body
it wanders through the dry country
looking for a good place to rest
w pętlę, spiralę, pieprzoną nieskończoność.
Komentarze
Prześlij komentarz