nie trzeba się bać
wiesz?

nie potrzebuję latarki.
sugestywność nie zna wycofania
nawet nie rozważa tej dziury w definicji między jedynką a zerem
zmiana zdania (pomijając jego obecność) jest czymś niezrozumiałym.
a łapiąc w rozbiegu przypadkową klamkę i nawet wpadając do obcego korytarza
wcale nie musimy chwalić dnia dygając jak pacynka, ściągać butów i układać noskami w jednym kierunku
nie musimy też wchodzić jak cielę do salonu i zapadać się jak sześciolatek w wysiedzianym fotelu przez takich jak my
obstawieni lekko wyglądającymi stoliczkami do kawy
gdy jej nawet nie pijamy.
słuchając pospolitego hałasu sześciu odpłynęłam w dalekie krainy nieświadomości
bez imion, twarzy, czasu, ni jakichkolwiek zależności
bez ja, moje, teraz i echem odbijającego się DLACZEGO.
rozszalały chaos krzyczący o usystematyzowanie w grafiku
o buchalteryjne opisanie w liczbach i diagramach
nagle
sam się rozplątał
supły puściły tak gładko i słodko jak cukier topiący się w wodzie
wielka kokarda z kolorowej sznurówki
i setny raz zastanowiło mnie
dlaczego oblani stresem próbujemy tego trudniejszego sposobu, zamiast nie wybierać między dwoma i ubrać po prostu buty na rzepy.
więc krzyczę: na pohybel wrytym w genogram słabościom, tłamszącym kompleksom
ułomnemu człowieczeństwu
w szubienicę oplątać aksamitne ciasne stroje, toporne ramy, co w złocie skąpane są cięższe od ołowianej obroży
chcę utracić wszelkie przyzwyczajenia, błędne nawyki myślowe, które uplotły całe systemy rozumowania
lepkie jak pajęcze nici
przezroczyste niczym mroźne powietrze z północy.
może zdarzy się czar.
wiesz?
nie potrzebuję latarki.
sugestywność nie zna wycofania
nawet nie rozważa tej dziury w definicji między jedynką a zerem
zmiana zdania (pomijając jego obecność) jest czymś niezrozumiałym.
a łapiąc w rozbiegu przypadkową klamkę i nawet wpadając do obcego korytarza
wcale nie musimy chwalić dnia dygając jak pacynka, ściągać butów i układać noskami w jednym kierunku
nie musimy też wchodzić jak cielę do salonu i zapadać się jak sześciolatek w wysiedzianym fotelu przez takich jak my
obstawieni lekko wyglądającymi stoliczkami do kawy
gdy jej nawet nie pijamy.
słuchając pospolitego hałasu sześciu odpłynęłam w dalekie krainy nieświadomości
bez imion, twarzy, czasu, ni jakichkolwiek zależności
bez ja, moje, teraz i echem odbijającego się DLACZEGO.
rozszalały chaos krzyczący o usystematyzowanie w grafiku
o buchalteryjne opisanie w liczbach i diagramach
nagle
sam się rozplątał
supły puściły tak gładko i słodko jak cukier topiący się w wodzie
wielka kokarda z kolorowej sznurówki
i setny raz zastanowiło mnie
dlaczego oblani stresem próbujemy tego trudniejszego sposobu, zamiast nie wybierać między dwoma i ubrać po prostu buty na rzepy.
więc krzyczę: na pohybel wrytym w genogram słabościom, tłamszącym kompleksom
ułomnemu człowieczeństwu
w szubienicę oplątać aksamitne ciasne stroje, toporne ramy, co w złocie skąpane są cięższe od ołowianej obroży
chcę utracić wszelkie przyzwyczajenia, błędne nawyki myślowe, które uplotły całe systemy rozumowania
lepkie jak pajęcze nici
przezroczyste niczym mroźne powietrze z północy.
może zdarzy się czar.
Komentarze
Prześlij komentarz