Przejdź do głównej zawartości

nad miastem tej nocy

najwięcej myśli klaruje mi się pod prysznicem. gdy stoję naga w dusznych oparach o zapachu jaśminu i rozkoszuję się strumieniem wody masującym moje ciało, wewnątrz wszystko się umelodyjnia w przepięknej harmonii. na jednym wydechu staram się spisywać myśli, które wolno i wyraźnie wyszeptują mi się w głowie. odkrywam jakieś proste zasady, pasujące do wszystkiego i wiem, że może to trochę przerażać. z pozycji obserwatora mam całe spektrum możliwości, choć co prawda - coraz mniej przyjemnych. chciałam zaapelować surową bezpowrotność, która przychodzi zawsze, ale to ze wściekle świńską upartością zawsze, po śpiewnej, rozmarzonej naiwności o oczach dzieciaka. i tego nie da się nauczyć, nie ma możliwości ustrzec się przed skutkami, o ile w ogóle porusza się między istotami w poszukiwaniu ciepłego zrozumienia, ukojenia egzystencjalnej rozpaczy, utulenia w strachu przed nicością. a jak tego nie robić? jeśli składasz dary ofiarne w postaci twoich słabości pod stopy więźnia swojego ego, zawsze, bez względu na wstępnie bezdenną życzliwość i porozwieszane sztandary przyjaźni, instynkty zwierzęce przebiją się przez skorupę dobroci i zrobi to, co podpowiadają atawizmy tegoż pierwotniaka - wykorzysta to z umilonym uśmiechem, poprawiając kołnierzyk i odchrząkując jak gentleman przed ważną przemową. każda przyjaźń z ludźmi splątanymi kajdanami przerośniętego ego ma wartość dopóki w nią nie zainwestujesz rozbierając się. upokorzenie jest tylko kwestią czasu. jednogłośnie, ze wszystkimi postaciami w mojej głowie, stwierdzam, że wolę być krucha, jak słomiany ludzik, aniżeli budować siłę na hipokryzji. wiem, które furtki pozamykać i potrafię to zrobić pomimo roznegliżowania swoich ułomności. nigdy nie jest to większe upodlenie, gdy postawić obok nieludzkie żerowanie na tym.

__________________________________


czarny balonik pękł.
zbieram fragmenty rozbitego lustra, choć wiem, że nawet po sklejeniu nie da jednolitego obrazu
setki ocząt, dziesiątki ust
a wcale nie widzi się wyraźniej, ani słowa nie brzmią głośniej.
odziana w jesienny płaszcz wychodzę naprzeciw trudnościom
spaceruję w towarzystwie duchów z przeszłości
a nad głową wisi chmura prześwietlonych zdjęć
niezlepione słowa, polepione dźwięki
mam wrażenie, że ktoś w nie celuje i po głośnym huku pojedyncze padają jak kaczki
a po celowniku skacze mała dziewczynka.

pytam siebie od tygodnia
kim jest człowiek z kluczem
dzisiaj znalazłam go w kieszeni
cudowna metafora.



tu powinno być światło
What are the little kids gunna do, man?
The little kids are all standing around
What are the kids doing, do you know?
They are looking to the Sky, Daddy-O


kiedyś pomyślałam sobie, że chciałabym oszaleć
i to była naprawdę ciężka praca
teraz mogę już odpocząć
przy łóżku położę już nie tylko buty
ale i całą walizkę.

jesteśmy nimfoleptykami.
dręczeni żądzą tego, co nieosiągalne, dla kilku chwil oświecenia ryzykujemy obłęd.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

prosto

parę prostych zasad: spać kiedy się chce okłady z kota wskazane, nawet szujowatego (to dla zdrowia psychicznego) nie pić podczas posiłku, najwyżej pół godziny po rano szklanka ciepłej wody z cytryną a potem ciepłe śniadanie spacery, dużo spacerów (lepiej się oddycha, lepiej się śni) i jak najszybciej zaszczepić się na grypsko. dodam ponad wszystko: mniej nonszalancji i ignorancji w ogóle i idzie jakoś przetrwać. gdy wzroku nie przyćmiewa mi wżarte w kościec poczucie wyobcowania zauważam, że wokół roi się od ludzi ciepłych, zainteresowanych, chcących kontaktu (może też są samotni w środku?). moje chłodne spojrzenie łagodzą zwyczajne sprawy zaproszenie na przechadzkę, wspólne jedzenie ciastek przy herbacie nie odrzucam tych okazji ad hoc, jak przyszło mi robić czekając na coś większego, goniąc za króliczkiem. zamiast tęsknić biernie za zamkniętą przeszłością próbuję chwytać to, co jest. i myślę sobie: może tak zaczyna się przyjaźń?

pot i flegma

gdy rzeczywistość wymaga mobilizacji a wyzwania rysują się na horyzoncie jak ostre noże wyłączam guzikiem na karku czucie. idę przed siebie jak naćpany żołnierz i robię to, co do mnie należy. zawsze tak samo - z prostym przedziałkiem i w wypolerowanych sztybletach. po wszystkim robi się głucho, a powietrze zastyga ciepłe i gęste a ja powoli zaczynam oddychać. pierwszy głęboki oddech wypełnia płuca po same obojczyki, krew zaczyna krążyć, aż dociera do bladych i zimnych tkanek nabieram ludzkich kolorów, łagodnieją moje kontury. chcę już iść dalej, włączyć kolejny bieg, ale czasami tak się nie da czasem moje ciało jest mądrzejsze i robi wbrew temu, co jaśnie homunculus prawi pokazuje swoją wyższość nad zadufaniem wiecznie głodnego człeka i gorączkuje, dławi kaszlem, omdlewa żeby w końcu wywalczyć trochę bezcelowości i dryfowania. więc jestem: zlana potem, rzygająca flegmą, spuchnięta jak zepsute jabłko znowu musiałam tutaj zajrzeć, żeby zrozumieć, że nigdzie nie muszę pę...

chicago

sufjan stevens - chicago ku wolności