zawsze jest jakiś worek mąki
albo gipsu.
tak jak nie dostrzega się rosnących włosów, gdy patrzysz każdego dnia w lustro, tak nie notuje się zmian w swoim profilu
krążąc to tu, to tam, uciekając przed sobą i tym, co zostało z mitu wietrznego gdańska, który tak kochałam
odcinałam powoli kable, jeden za drugim.
uciekłam z czeskich ziem bez oglądania się za siebie
17h mentalnej podróży w samotni, między ludźmi, których pewnie nigdy już nie spotkam
tamte nocne rozmowy były jak serwowanie siebie w pigułce
gdy weszłam do swojego pokoju, rzucając za ciężki plecak pod nogi poczułam, że ta sypialnia nie należy do mnie
to komnata agaty sprzed lat, oliwkowej, zahukanej i milczącej.
usiadłam na podłodze i w bezdyskusyjnym amoku, zaczęła wyrzucać rzeczy już-nie-moje, nie zatrzymując się nawet przy tym, co wydawać się mogło, miało dla mnie ogromną wartość
sentymentalne śmieci, kotwice mocujące w dniach sprzed lat
trzy ogromne worki przeszłości.
a potem zdarłam farbę ze ścian, zdjęłam zdjęcia ludzi już nieważnych
i zrobiłam z tego moją klitkę
w końcu nie zasypiam z duszności.
rozszalała burza, nieposkromione sztormy ustąpiły z pierwszymi chłodnymi podmuchami jesieni
i w tym momencie, jak niemal co roku
zgubiłam się.
w kimś
to już ta chwila, gdy każdy podświadomie szuka drugiego ciepłego ciałka na mroźną, burą zimę
by się tulić pod kocem, pić ciepłą herbatę z miodem i oglądać słoneczne filmy
gdy w korytarzu stoją ciężkie buty w śnieżnej kałuży.
w życia wchodzimy sobie na boso.
śmieją mi się oczy, a palcami przebieram piękne, wywijające się włosy
orzechowe okrągłe oczy, które szukają we mnie klucza do wszystkiego.
i mówię sobie - teraz będzie inaczej, bo chcę, już rozumiem i chyba umiem
zaklinam się, że nie popsuję cię chłopcze, a tobie nie dam zrobić tego samego.
historia lubi się powtarzać, a jeszcze bardziej wrobaczać się w głowy uśpionych.
ignoruję wszystkie 'ale'.
nadchodzi okres długich szalików, głębokich czapek i dłoni grzanych w drugiej parze rączek
uciekania przed deszczem i moczenia kozaków
długich płaszczów
złotych i przymglonych zdjęć
jesiennej urokliwości.
siedzę zakopana w kołdrach, w moim królestwie poduszek i szukam połączeń z odległymi miastami, które zachowały trochę lata
a zimę spędzę we wiedniu, berlinie, marzy mi się kopenhaga.
jestem wolna i znowu śpiewam
śpiewam o tym głośno.
znowu ktoś całuje mnie w czoło i odgarnia grzywkę z oczu.
albo gipsu.
tak jak nie dostrzega się rosnących włosów, gdy patrzysz każdego dnia w lustro, tak nie notuje się zmian w swoim profilu
krążąc to tu, to tam, uciekając przed sobą i tym, co zostało z mitu wietrznego gdańska, który tak kochałam
odcinałam powoli kable, jeden za drugim.
uciekłam z czeskich ziem bez oglądania się za siebie
17h mentalnej podróży w samotni, między ludźmi, których pewnie nigdy już nie spotkam
tamte nocne rozmowy były jak serwowanie siebie w pigułce
gdy weszłam do swojego pokoju, rzucając za ciężki plecak pod nogi poczułam, że ta sypialnia nie należy do mnie
to komnata agaty sprzed lat, oliwkowej, zahukanej i milczącej.
usiadłam na podłodze i w bezdyskusyjnym amoku, zaczęła wyrzucać rzeczy już-nie-moje, nie zatrzymując się nawet przy tym, co wydawać się mogło, miało dla mnie ogromną wartość
sentymentalne śmieci, kotwice mocujące w dniach sprzed lat
trzy ogromne worki przeszłości.
a potem zdarłam farbę ze ścian, zdjęłam zdjęcia ludzi już nieważnych
i zrobiłam z tego moją klitkę
w końcu nie zasypiam z duszności.
rozszalała burza, nieposkromione sztormy ustąpiły z pierwszymi chłodnymi podmuchami jesieni
i w tym momencie, jak niemal co roku
zgubiłam się.
w kimś
to już ta chwila, gdy każdy podświadomie szuka drugiego ciepłego ciałka na mroźną, burą zimę
by się tulić pod kocem, pić ciepłą herbatę z miodem i oglądać słoneczne filmy
gdy w korytarzu stoją ciężkie buty w śnieżnej kałuży.
w życia wchodzimy sobie na boso.
śmieją mi się oczy, a palcami przebieram piękne, wywijające się włosy
orzechowe okrągłe oczy, które szukają we mnie klucza do wszystkiego.
i mówię sobie - teraz będzie inaczej, bo chcę, już rozumiem i chyba umiem
zaklinam się, że nie popsuję cię chłopcze, a tobie nie dam zrobić tego samego.
historia lubi się powtarzać, a jeszcze bardziej wrobaczać się w głowy uśpionych.
ignoruję wszystkie 'ale'.
nadchodzi okres długich szalików, głębokich czapek i dłoni grzanych w drugiej parze rączek
uciekania przed deszczem i moczenia kozaków
długich płaszczów
złotych i przymglonych zdjęć
jesiennej urokliwości.
siedzę zakopana w kołdrach, w moim królestwie poduszek i szukam połączeń z odległymi miastami, które zachowały trochę lata
a zimę spędzę we wiedniu, berlinie, marzy mi się kopenhaga.
jestem wolna i znowu śpiewam
śpiewam o tym głośno.
znowu ktoś całuje mnie w czoło i odgarnia grzywkę z oczu.
Komentarze
Prześlij komentarz