Przejdź do głównej zawartości

spotkałam fauna

wyśniłam fabrykę taśmowej produkcji marzeń. stanów, smaków i czuć. jeśli nektar napojem bogów, to herbata jest trunkiem czujących myślicieli często zawijających się w koce poszukując przytulności na swych refleksyjnych parapetach.


od podłogi po sufit rosły malutkie półeczki z jeszcze drobniejszymi napisami. najpierw były to nazwy owoców, następnie ziół, drzew i czekolady. bezlik herbat oszałamiał. jednak im dalej szłam w głąb tejże fabryki, odkrywałam coraz dziwniejsze napisy - od zwierząt, przez miejsca i postaci, aż po uczucia. nie chodziło o mięsno-sierściowy smak kociej herbaty, czy rdzawo-smolisty stoczni. pijąc jeża, czułeś się nim, zakopującym się w suche jesienne liście i słuchającym tych jeszcze tańczących na wietrze wespół z siatkami, gazetami, szalikami przy zarumienionych twarzach. smak liceum przywodził tamtejsze wspomnienia, wrażenie czekania na dzwonek, by pływając podczas przerwy na falujących parkietach znowu zobaczyć znajome, dębowe oczy.

wreszcie herbaty z uczuć. były kusząco pachnące pustka, smutek, nostalgia, nadzieja, ekscytacja, radość. i miłość. wszyscy już dawno mieli pełne i parujące filiżanki, a ja wciąż nie mogłam wybrać. ominęłam zakochanie i inne banialuki i ruszyłam, jakby niepewnie, po zieloną herbatę z opuncją. w tym smaku zamknęłam kiedyś wszystko, co szczególne - przytulną rudość, malowanie lejącymi się po palcach farbami, zawstydzone uśmiechy przeradzające się w dławiący śmiech, urocze milczenie zastępujące najbardziej intymny dialog, przyjaźń między dwiema kobietami, równie poplątanymi w swych skrajnościach, złoty las pełen labiryntów, z których nie chce się wychodzić i ostatnie życie we wszechświecie, tuż obok.

po przedwczesnym przebudzeniu pozostały w głowie, jak i na końcu języka pulsujące wątpliwości, wytargane jeszcze z sennej mary. nie wiem, co wybrałam i czy w ogóle. czuję za to zapach suchej kory. i jestem święcie przekonana, że spotkałam fauna.

przestań się garbić przed tym życiem.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

prosto

parę prostych zasad: spać kiedy się chce okłady z kota wskazane, nawet szujowatego (to dla zdrowia psychicznego) nie pić podczas posiłku, najwyżej pół godziny po rano szklanka ciepłej wody z cytryną a potem ciepłe śniadanie spacery, dużo spacerów (lepiej się oddycha, lepiej się śni) i jak najszybciej zaszczepić się na grypsko. dodam ponad wszystko: mniej nonszalancji i ignorancji w ogóle i idzie jakoś przetrwać. gdy wzroku nie przyćmiewa mi wżarte w kościec poczucie wyobcowania zauważam, że wokół roi się od ludzi ciepłych, zainteresowanych, chcących kontaktu (może też są samotni w środku?). moje chłodne spojrzenie łagodzą zwyczajne sprawy zaproszenie na przechadzkę, wspólne jedzenie ciastek przy herbacie nie odrzucam tych okazji ad hoc, jak przyszło mi robić czekając na coś większego, goniąc za króliczkiem. zamiast tęsknić biernie za zamkniętą przeszłością próbuję chwytać to, co jest. i myślę sobie: może tak zaczyna się przyjaźń?

pot i flegma

gdy rzeczywistość wymaga mobilizacji a wyzwania rysują się na horyzoncie jak ostre noże wyłączam guzikiem na karku czucie. idę przed siebie jak naćpany żołnierz i robię to, co do mnie należy. zawsze tak samo - z prostym przedziałkiem i w wypolerowanych sztybletach. po wszystkim robi się głucho, a powietrze zastyga ciepłe i gęste a ja powoli zaczynam oddychać. pierwszy głęboki oddech wypełnia płuca po same obojczyki, krew zaczyna krążyć, aż dociera do bladych i zimnych tkanek nabieram ludzkich kolorów, łagodnieją moje kontury. chcę już iść dalej, włączyć kolejny bieg, ale czasami tak się nie da czasem moje ciało jest mądrzejsze i robi wbrew temu, co jaśnie homunculus prawi pokazuje swoją wyższość nad zadufaniem wiecznie głodnego człeka i gorączkuje, dławi kaszlem, omdlewa żeby w końcu wywalczyć trochę bezcelowości i dryfowania. więc jestem: zlana potem, rzygająca flegmą, spuchnięta jak zepsute jabłko znowu musiałam tutaj zajrzeć, żeby zrozumieć, że nigdzie nie muszę pę...

chicago

sufjan stevens - chicago ku wolności