Przejdź do głównej zawartości

uroczo

"zachowujemy zbyt wiele rzeczy.
gdybym mogła zacząć od nowa, nie przepuszczałabym niczego. pozwalałam ludziom trwać w szaleństwie, nawet gdy robili sobie krzywdę. milczałam uważając, że mają prawo tacy być. ale tolerując to, nie szanujemy ludzi, lecz ich opuszczamy."
z tego już nic nie będzie.

to zdanie powinno być zakazane. podcinać języki, wyrywać paznokcie! albo nie: dożywocie. a dożywocie bez nadziei, beznadziejne jest. dopuszczam znaki na piętach, metki przy karku, że ktoś jest czyjś i amen. jednak nie pozwolę nigdy wierzyć w nieoznakowanie czy przeterminowanie. ludzie nie mają wad fabrycznych, tutaj nie istnieje reklamacja. oni po prostu są. i to nie dziwota, że inni. każdy gdzieś tę plamę ma.

a tęsknota, dla odmiany, zamieniła się w zgagę i palić zaczyna zawsze w momencie, gdy myślę, że już przeszła. budzę się więc codziennie z bolącym gardłem, nocą znowuż seledynowo ropieje i puchnie przypominając liczi. zupełnie jak sny, które dziwaczeją szaleńczo, w zabójczym tempie stają się wręcz napastliwe ze swoją wyraźnością. mogę je dokładniej obrysować konturem niż moje tuiteraz, zupełnie zniekształcone, płynne i senne. latające krowy to jedno. drugie to cały nieprzepastny świat zalany wodą i komentarz laika "no cóż, lodowce".

widzę pewien obrazek, a może to zdjęcie przypalone złociście czasem. wysuszona, krucha trawa koloru siana a nad nią błękitne, rozmarzone i bezdenne niebo osamotnione z obłoczych towarzyszy. cicho brzdękasz na gitarze palcami, jakby to harfa była, przy czym wywieszasz język jak pięciolatek wiążący sznurowadła. a ja? ja bawię się starym aparatem, przedłużeniem mojej ręki, drugą parą oczu i mrużę je w dziecięcym, pomarszczonym grymasie.

and you can take my body
put it in a boat
light it on fire
send it out to sea

i muszę Ci powiedzieć, właściwie wyśpiewać, że tylko Tobie dałabym to zrobić i wiem doskonale, że nie zawahałbyś się ani sekundy. ani mrugnięcia, ani wdechu, ni uśmiechu.
urocze. kocham to słowo.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

prosto

parę prostych zasad: spać kiedy się chce okłady z kota wskazane, nawet szujowatego (to dla zdrowia psychicznego) nie pić podczas posiłku, najwyżej pół godziny po rano szklanka ciepłej wody z cytryną a potem ciepłe śniadanie spacery, dużo spacerów (lepiej się oddycha, lepiej się śni) i jak najszybciej zaszczepić się na grypsko. dodam ponad wszystko: mniej nonszalancji i ignorancji w ogóle i idzie jakoś przetrwać. gdy wzroku nie przyćmiewa mi wżarte w kościec poczucie wyobcowania zauważam, że wokół roi się od ludzi ciepłych, zainteresowanych, chcących kontaktu (może też są samotni w środku?). moje chłodne spojrzenie łagodzą zwyczajne sprawy zaproszenie na przechadzkę, wspólne jedzenie ciastek przy herbacie nie odrzucam tych okazji ad hoc, jak przyszło mi robić czekając na coś większego, goniąc za króliczkiem. zamiast tęsknić biernie za zamkniętą przeszłością próbuję chwytać to, co jest. i myślę sobie: może tak zaczyna się przyjaźń?

pot i flegma

gdy rzeczywistość wymaga mobilizacji a wyzwania rysują się na horyzoncie jak ostre noże wyłączam guzikiem na karku czucie. idę przed siebie jak naćpany żołnierz i robię to, co do mnie należy. zawsze tak samo - z prostym przedziałkiem i w wypolerowanych sztybletach. po wszystkim robi się głucho, a powietrze zastyga ciepłe i gęste a ja powoli zaczynam oddychać. pierwszy głęboki oddech wypełnia płuca po same obojczyki, krew zaczyna krążyć, aż dociera do bladych i zimnych tkanek nabieram ludzkich kolorów, łagodnieją moje kontury. chcę już iść dalej, włączyć kolejny bieg, ale czasami tak się nie da czasem moje ciało jest mądrzejsze i robi wbrew temu, co jaśnie homunculus prawi pokazuje swoją wyższość nad zadufaniem wiecznie głodnego człeka i gorączkuje, dławi kaszlem, omdlewa żeby w końcu wywalczyć trochę bezcelowości i dryfowania. więc jestem: zlana potem, rzygająca flegmą, spuchnięta jak zepsute jabłko znowu musiałam tutaj zajrzeć, żeby zrozumieć, że nigdzie nie muszę pę...

chicago

sufjan stevens - chicago ku wolności