klatkują mi powidoki wspólnych chwil i za każdym razem jest to tak bolesne ukłucie, że zginam się wpół. przed laty miałam inne do tego podejście, dlaczego? w czym jesteś inny w porównaniu z pierwszym zespoleniem dusz? może w tym, żeś prawdziwy? mdli mnie od teoretyzowania życia, gdybania, jak i wspominania, nie o tym chcę mówić. mogę mruczeć o tej potwornej gehennie, którą sobie zgotowałam. i wbijać gwoździe znaku zapytania w czaszkę - dlaczego odeszłam. w moim kodzie genetycznym jest zamaskowana informacja, którą potrafię już odczytywać - obwinianie się. zapominam, jak było. i pamiętam tylko, że smutno, źle, nietak. patrz, jak się uśmiechaliśmy. dostaję drgawek, majaczę w gorączce, że jesteś wciąż. kurwa.

jak mam zawrócić? ktoś kiedyś powiedział, że można, a ja jeszcze tego nie zobaczyłam, nigdy. czy to kolejna z legend, historii dla podtrzymania ducha, aby wierzyć w coś, że warto? żeby nie cierpieć tak bardzo, bez kresu i nadać temu wartość, podciągnąć do cnoty? i nie mówić sobie w twarz: spierdoliliśmy. wolałabym łysieć ze wściekłości, zachodzić w głowę w jego martwej ciszy, ale BYĆ. móc spać obok, czasami się przytulić, powygłupiać, bawić w kochanego, usłyszeć "małi mój, koko".
Komentarze
Prześlij komentarz