jesień idzie wielkimi, szeleszczącymi krokami. będzie bardziej deszczowa, niż myślałam. niekończąca się mżawka wspomnień zamazująca obraz na oknach, parszywie zimny, krzywdzący wiatr wsuwający się między warstwy szalików i otulający się wokół szyi, wiecznie spuchnięte oczy czekające na zimowy sen, tępą apatię, przemoczone buty z zaciekami po bokach i rude, coraz dłuższe włosy. muszę obciąć te wspomnienia.
king crimson - moonchild
poklatkowane dni i niedokończone rozmowy. maratony pijackie i przypadkowe relacje. nie jestem pewna, co robię, choć zapewne rzucam się w coś najbardziej absurdalnego i nieprawdopodobnego, żeby tylko zaprzeczyć rzeczywistości. to swoisty negatyw pragnień i potrzeb. dziecko, rachityczny dzieciak, niezrozumiały, niezależny i dziki. lekarstwo na przesyt jakąkolwiek stałością. niech mi bóg wybaczy.

pouśmiechajmy się, proszę, pochichajmy po pijaku i niech ci azjaci nas zjedzą w końcu. kolorowe rajstopki, pitu pitu, szare, nawet czarne krótkie paznokietki i już tuż. szczecin, toruń, ukraina i norwegia. uciekam obwieszona torbami po bokach, w których jest moje życie, uszczuplone o jakieś 70 parę kilogramów a dopełnione hektolitrami słonych łez oceanicznych. kółko się zatacza i znowu jestem tam, gdzie byłam. w obcym łóżku z cudzymi myślami. nie tu.
king crimson - moonchild
poklatkowane dni i niedokończone rozmowy. maratony pijackie i przypadkowe relacje. nie jestem pewna, co robię, choć zapewne rzucam się w coś najbardziej absurdalnego i nieprawdopodobnego, żeby tylko zaprzeczyć rzeczywistości. to swoisty negatyw pragnień i potrzeb. dziecko, rachityczny dzieciak, niezrozumiały, niezależny i dziki. lekarstwo na przesyt jakąkolwiek stałością. niech mi bóg wybaczy.
uśmiecham się, jak z tobą śpię.


Komentarze
Prześlij komentarz