Przejdź do głównej zawartości

środek

woda na zdjęciach wygląda jak galareta





środkowa część życia
czas po etapie, gdy nie możesz zrobić niczego dla siebie i przed etapem, gdy musisz robić wszystko dla innych.


mam zakorkowaną głowę, acz udało mi się ją trochę wyczyścić. częściej piszę piórem, aniżeli stukam w klawisze, co powinno zwiastować coś dobrego - znowu zaczynam być bardziej dla siebie. nie zrywam się nocą w nagłej potrzebie wykrzyczenia, by wygnieść klawiaturę, bo przecież szybciej, mocniej, bardziej. myślę wolniej, spokojniej i pozwalam sobie na czas na słowa, które wybudzają się jak ze snu i formują koślawo na liniach. nie wiem jeszcze, czy chcę pisać w pionie, poziomie, a może na wspak. niemal zapomniałam, jak się trzyma mojego wysłużonego, srebrnego parkera, który z początku mrozi mi palce jak sopel lodu, a potem spolegliwie przybiera temperaturę mojego ciała.

w całym tym rozpoetyzowaniu zapomniałam o dosłowności, która bywa przecież kluczowa. chodziłam między słowami jak we mgle, sama tracąc z oczu moje myśli. przez to mam trochę wrażenie, jakbym śniła przez ostatni czas i nie jestem w stanie przywołać do końca moich chimerycznych stanów, zaprzeszłych przemyśleń, kwitnących i zmieniających się planów ani pomysłów na siebie. nawet nie pamiętam, jakie włosy nosiłam przez ostatnie dwa lata, jak to możliwe? jestem tym, co piszę, to prawda. tylko kiedy to wszystko przewartościowało się tak, że gdy nie piszę, to mnie nie ma?

to były intensywne dwa lata. to aksjomat w tym wypadku. jeśli tak się zrzuca młodzieńczą skórę i szuka nowej, prawdziwej i skonkretyzowanej tożsamości życia dorosłego, to jest to naprawdę najcięższy etap mojego życia. nie będę jak początkujący dyplomata nad wyraz uładzona i ostrożna, tylko powiem wprost rzecz oczywistą, że było to o tyle trudniejsze, gdyż zeszło się w czasie z rozstaniem z wielką miłością. wypisanie tego oklepanego określenia wprowadziło mnie w konsternację - tyle mi z tego wszystkiego zostało. nie ma sensu opowiadania tejże historii, rozbabrywania ran, które wiecznie mnie oszukują zdrowym kolorem nowej różowiutkiej skóry, by potem trysnąć ropą ponownie. życie idzie to przodu, świat się zmienia nie mniej niż ludzie, ale powiedzieć muszę, że tego kochania się nie zapomina. każda kobieta w tym momencie cicho by westchnęła i kiwnęła powoli głową w geście zrozumienia. każda z nich, która wypuściła z rąk coś, w co włożyła tyle siebie. tu nie ma nic kojącego do powiedzenia, nie ma jakiejś wielkiej mądrości, która wszystko rozwiąże i naprawi. nie ma aloesu w tym ogrodzie słów.

piszę o tym teraz, bo spojrzałam w oczy mojej przeszłości. przez te lata poczucia winy, niekończące się noce dusznych koszmarów na ten sam temat, godziny patrzenia się w jeden punkt i zastanawiania się nad każdym fragmentem tej historii, moje pół zamieniło się w jakąś karykaturę siebie. to, co zobaczyłam było tak zwyczajne, aż nie mogłam uwierzyć. jeśli odstawić na drugi plan naszą długą drogę ramię w ramię, to jesteśmy miłym obrazkiem. i naprawdę chciałabym na niego patrzeć, bez powidoków przeszłości, bo dzięki temu umiałabym widzieć w nim dobrego człowieka.

zmieniłam się, tego nie da się ukryć. zrobiłam wiele dla siebie, nawet gdy wydawało mi się, że siebie nie zauważam. czasami mam ołowiane nogi, które nie pozwalają mi ruszyć z miejsca, ale to tylko chwile. tak naprawdę jestem siłaczem i zawsze nim byłam.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

prosto

parę prostych zasad: spać kiedy się chce okłady z kota wskazane, nawet szujowatego (to dla zdrowia psychicznego) nie pić podczas posiłku, najwyżej pół godziny po rano szklanka ciepłej wody z cytryną a potem ciepłe śniadanie spacery, dużo spacerów (lepiej się oddycha, lepiej się śni) i jak najszybciej zaszczepić się na grypsko. dodam ponad wszystko: mniej nonszalancji i ignorancji w ogóle i idzie jakoś przetrwać. gdy wzroku nie przyćmiewa mi wżarte w kościec poczucie wyobcowania zauważam, że wokół roi się od ludzi ciepłych, zainteresowanych, chcących kontaktu (może też są samotni w środku?). moje chłodne spojrzenie łagodzą zwyczajne sprawy zaproszenie na przechadzkę, wspólne jedzenie ciastek przy herbacie nie odrzucam tych okazji ad hoc, jak przyszło mi robić czekając na coś większego, goniąc za króliczkiem. zamiast tęsknić biernie za zamkniętą przeszłością próbuję chwytać to, co jest. i myślę sobie: może tak zaczyna się przyjaźń?

pot i flegma

gdy rzeczywistość wymaga mobilizacji a wyzwania rysują się na horyzoncie jak ostre noże wyłączam guzikiem na karku czucie. idę przed siebie jak naćpany żołnierz i robię to, co do mnie należy. zawsze tak samo - z prostym przedziałkiem i w wypolerowanych sztybletach. po wszystkim robi się głucho, a powietrze zastyga ciepłe i gęste a ja powoli zaczynam oddychać. pierwszy głęboki oddech wypełnia płuca po same obojczyki, krew zaczyna krążyć, aż dociera do bladych i zimnych tkanek nabieram ludzkich kolorów, łagodnieją moje kontury. chcę już iść dalej, włączyć kolejny bieg, ale czasami tak się nie da czasem moje ciało jest mądrzejsze i robi wbrew temu, co jaśnie homunculus prawi pokazuje swoją wyższość nad zadufaniem wiecznie głodnego człeka i gorączkuje, dławi kaszlem, omdlewa żeby w końcu wywalczyć trochę bezcelowości i dryfowania. więc jestem: zlana potem, rzygająca flegmą, spuchnięta jak zepsute jabłko znowu musiałam tutaj zajrzeć, żeby zrozumieć, że nigdzie nie muszę pę...

chicago

sufjan stevens - chicago ku wolności