słomiana wdowa stoi pośrodku łąki
coś jej się tli
dwa kocie ciałka grzeją mi podbrzusze płytko oddychając
Cyryl pachnie suchymi liśćmi, Tekla nosi w sierści zapach ziemi
a w rynnach dudni zwiastun jesieni, wybija nierównomierny rytm tej chimerycznej pory
mojej ulubionej
utkanej sentymentami i piękno-bolesnymi wspomnieniami
jak mżyło i sipiało w różowe policzki, gdy tor po torze dreptałam z gitarą na grzbiecie do naszej kanciapy
jak on wytarł jednym ślizgiem mokrą od deszczu ławkę w kuźniczkach
jak wracając z ujeściska uświadomiłam sobie, że to światło jest takie mistyczne a moje życie dzieje się teraz
jak owinięta warkoczem szali przesiadywałam na skarpie z przyjacielem słuchając muzyki z białego głośniczka i przypatrując się dwóm oponom w dole
te wszystkie przesiadywania w mieniących się lasach, ukrywanie się w liściach przed tykaniem zegarów.
całe cudowne liceum, pełne namiętności, pasji i artyzmu
studia z całym tym zaniedbaniem i załamaniem nerwowym, oddalaniem się i znikaniem
jesienią myślę o wszystkich tych, których kocham
wypełniacie moje życie po brzegi.
teraz jestem w takim momencie mojego życia, że wszystko ma swoje miejsce.
i nie wiem, dlaczego, ale chce mi się płakać.
jesienią wszystko jest podszyte nieskończonością i niespełnieniem jednocześnie
ten ból jest cudowny, rozlewa się w mojej klatce piersiowej
rośnie na płucach jak biała lilia.
czuję się dobrym człowiekiem
prawdziwym, autentycznym
to właściwie chciałam powiedzieć. tylko czy aż nadto.
agnes obel - the curse
nie zapomnę tych kobiet o elfiej urodzie i pustych twarzach sunących jednostajnie, płynnie i nieludzko po scenie. wszystkie z plecionymi bezładnie warkoczami i obwieszone piórami, odziane w kolory ziemi i mroźnego powietrza.
coś jej się tli
dwa kocie ciałka grzeją mi podbrzusze płytko oddychając
Cyryl pachnie suchymi liśćmi, Tekla nosi w sierści zapach ziemi
a w rynnach dudni zwiastun jesieni, wybija nierównomierny rytm tej chimerycznej pory
mojej ulubionej
utkanej sentymentami i piękno-bolesnymi wspomnieniami
jak mżyło i sipiało w różowe policzki, gdy tor po torze dreptałam z gitarą na grzbiecie do naszej kanciapy
jak on wytarł jednym ślizgiem mokrą od deszczu ławkę w kuźniczkach
jak wracając z ujeściska uświadomiłam sobie, że to światło jest takie mistyczne a moje życie dzieje się teraz
jak owinięta warkoczem szali przesiadywałam na skarpie z przyjacielem słuchając muzyki z białego głośniczka i przypatrując się dwóm oponom w dole
te wszystkie przesiadywania w mieniących się lasach, ukrywanie się w liściach przed tykaniem zegarów.
całe cudowne liceum, pełne namiętności, pasji i artyzmu
studia z całym tym zaniedbaniem i załamaniem nerwowym, oddalaniem się i znikaniem
jesienią myślę o wszystkich tych, których kocham
wypełniacie moje życie po brzegi.
teraz jestem w takim momencie mojego życia, że wszystko ma swoje miejsce.
i nie wiem, dlaczego, ale chce mi się płakać.
jesienią wszystko jest podszyte nieskończonością i niespełnieniem jednocześnie
ten ból jest cudowny, rozlewa się w mojej klatce piersiowej
rośnie na płucach jak biała lilia.
czuję się dobrym człowiekiem
prawdziwym, autentycznym
to właściwie chciałam powiedzieć. tylko czy aż nadto.
agnes obel - the curse
nie zapomnę tych kobiet o elfiej urodzie i pustych twarzach sunących jednostajnie, płynnie i nieludzko po scenie. wszystkie z plecionymi bezładnie warkoczami i obwieszone piórami, odziane w kolory ziemi i mroźnego powietrza.
Komentarze
Prześlij komentarz