Przejdź do głównej zawartości

przyszłość


eddie gale - rain

moje ciało stało się mi znowu obce, noszę je jak ciężki kombinezon przytwierdzony do kręgosłupa. już na poziomie wegetatywnym zostało coś rozregulowane, zaburzył się mój rytm wewnętrzny, choć teoretycznie żyję według tarczy zegara. tfu, raczej elektronicznego tykadła, przecież wszystko dziś musi być wirtualne. czuję, że moje ciało nie kontroluje swojej ciepłoty, rozleniwiło, bądź zbuntowało się na tyle, że nie produkuje ciepła na swój użytek. wszystko pochodzi z zewnątrz. jestem bezwładna jak papierowe origami rzucone na wiatr. żołądek natomiast jest wyścielony plastikową folią, przy czym zachował elastyczność na tyle, by ściskać się jak gąbka. a może właśnie jest to zaprzeczeniem giętkości, bo stan ten nie ustaje. i myślę sobie, że gdybym używała klasycznego zegara i funkcjonowała według jego tarczy, to byłoby jak dzień świstaka. wstaję - piąta, wracam - piąta. te same buzie w dusznym autobusie w każdą ze stron, niezmiennie idiotyczne i irytujące rozmowy podczas jazdy, a co jest tłem do tego wszystkiego - chroniczne zmęczenie nie tyle fizyczne, co abstrakcyjne. jestem zmęczona myśleniem o przyszłości.

a w głowie mi białe wiersze o jazzie
bezkres morza i wietrzna plaża
no.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

prosto

parę prostych zasad: spać kiedy się chce okłady z kota wskazane, nawet szujowatego (to dla zdrowia psychicznego) nie pić podczas posiłku, najwyżej pół godziny po rano szklanka ciepłej wody z cytryną a potem ciepłe śniadanie spacery, dużo spacerów (lepiej się oddycha, lepiej się śni) i jak najszybciej zaszczepić się na grypsko. dodam ponad wszystko: mniej nonszalancji i ignorancji w ogóle i idzie jakoś przetrwać. gdy wzroku nie przyćmiewa mi wżarte w kościec poczucie wyobcowania zauważam, że wokół roi się od ludzi ciepłych, zainteresowanych, chcących kontaktu (może też są samotni w środku?). moje chłodne spojrzenie łagodzą zwyczajne sprawy zaproszenie na przechadzkę, wspólne jedzenie ciastek przy herbacie nie odrzucam tych okazji ad hoc, jak przyszło mi robić czekając na coś większego, goniąc za króliczkiem. zamiast tęsknić biernie za zamkniętą przeszłością próbuję chwytać to, co jest. i myślę sobie: może tak zaczyna się przyjaźń?

pot i flegma

gdy rzeczywistość wymaga mobilizacji a wyzwania rysują się na horyzoncie jak ostre noże wyłączam guzikiem na karku czucie. idę przed siebie jak naćpany żołnierz i robię to, co do mnie należy. zawsze tak samo - z prostym przedziałkiem i w wypolerowanych sztybletach. po wszystkim robi się głucho, a powietrze zastyga ciepłe i gęste a ja powoli zaczynam oddychać. pierwszy głęboki oddech wypełnia płuca po same obojczyki, krew zaczyna krążyć, aż dociera do bladych i zimnych tkanek nabieram ludzkich kolorów, łagodnieją moje kontury. chcę już iść dalej, włączyć kolejny bieg, ale czasami tak się nie da czasem moje ciało jest mądrzejsze i robi wbrew temu, co jaśnie homunculus prawi pokazuje swoją wyższość nad zadufaniem wiecznie głodnego człeka i gorączkuje, dławi kaszlem, omdlewa żeby w końcu wywalczyć trochę bezcelowości i dryfowania. więc jestem: zlana potem, rzygająca flegmą, spuchnięta jak zepsute jabłko znowu musiałam tutaj zajrzeć, żeby zrozumieć, że nigdzie nie muszę pę...

chicago

sufjan stevens - chicago ku wolności