eddie gale - rain
moje ciało stało się mi znowu obce, noszę je jak ciężki kombinezon przytwierdzony do kręgosłupa. już na poziomie wegetatywnym zostało coś rozregulowane, zaburzył się mój rytm wewnętrzny, choć teoretycznie żyję według tarczy zegara. tfu, raczej elektronicznego tykadła, przecież wszystko dziś musi być wirtualne. czuję, że moje ciało nie kontroluje swojej ciepłoty, rozleniwiło, bądź zbuntowało się na tyle, że nie produkuje ciepła na swój użytek. wszystko pochodzi z zewnątrz. jestem bezwładna jak papierowe origami rzucone na wiatr. żołądek natomiast jest wyścielony plastikową folią, przy czym zachował elastyczność na tyle, by ściskać się jak gąbka. a może właśnie jest to zaprzeczeniem giętkości, bo stan ten nie ustaje. i myślę sobie, że gdybym używała klasycznego zegara i funkcjonowała według jego tarczy, to byłoby jak dzień świstaka. wstaję - piąta, wracam - piąta. te same buzie w dusznym autobusie w każdą ze stron, niezmiennie idiotyczne i irytujące rozmowy podczas jazdy, a co jest tłem do tego wszystkiego - chroniczne zmęczenie nie tyle fizyczne, co abstrakcyjne. jestem zmęczona myśleniem o przyszłości.
a w głowie mi białe wiersze o jazzie
bezkres morza i wietrzna plaża
no.
Komentarze
Prześlij komentarz