To już pół roku jak dźwięczą te pytania w mojej głowie. I nie mogę ich dotknąć, bo mam wrażenie, że zaraz się rozsypią i moje odpowiedzi zawisną w pustej przestrzeni. Te kwestie wracają chyba głównie z tego powodu, że tak trudno mi na nie odpowiedzieć. A wydawałoby się, że przecież trzeba wiedzieć. Kiedyś wystarczyło rzucić proste zbitki słów, to działo się niemal automatycznie. Dyskutowałam o wszystkim, z wielką energią i jeszcze silniejszym przekonaniem. Teraz nie potrafię tak rozjaśnić swojego stanowiska.
Nie umiem odpowiedzieć, co jest dla mnie najważniejsze w życiu. To takie nieuchwytne. Niektórzy wykrzykują: rodzina! sukces! pieniądze!, a ja chyba tego nie czuję. Coś mi cicho podpowiada, że prawda jest kluczowa. Prawda zawsze się obroni. To według niej próbuję żyć, brać na klatę trudną rzeczywistość, nie ułatwiać ani gmatwać kłamstwem. Mierzi mnie sztuczna szczęśliwość, wolę brutalne w szczerości cierpienie. Jestem sceptyczna, może zdystansowana. Na pewno nie naiwna. Z drugiej strony ufam mocno drugiej istocie w jej człowieczeństwo widząc zarazem te wszystkie nasze niedoskonałości. Gdyby ktoś powiedział, że to żadna odpowiedź, nic konkretnego, to lepiej gdy ujmę to tak: najbardziej decydujące w życiu jest bycie w zgodzie ze sobą. I najważniejsi są przyjaciele.
O czym marzę? Jeszcze parę jesieni temu śniłam na jawie o jakiejś mojej utajonej niesamowitości. Dojrzewałam w przekonaniu, że zrobię w życiu coś wielkiego, niezwyczajnego, osiągnę jakieś monumentalne góry, coś odkryję, stworzę majstersztyk, albo ocalę kilka żyć. Teraz oswajam się z myślą, że moje życie jest najzwyczajniejsze z możliwych. Nic wielkiego. Zwyczajne szaleństwo. Poczucie mam również, że najbardziej intensywny, twórczy i zjawiskowy czas już minął. Gdy tętniłam życiem, byłam bezkompromisowa, odważna w sięganiu po to, czego pragnę. Teraz więcej się zastanawiam, wspominam, myślę. Czasami wydaje mi się, że to funkcja liniowa i coraz bardziej będzie tak, że moje życie będzie składało się ze zmarnowanych szans, zamiast rzucania się w nieznane. Więc o czym śnię? Marzę o ponownej wolności - odległych i bezterminowych podróżach, wyzwoleniu się z pędu w którym każdy kolekcjonuje dyplomy, certyfikaty, doświadczenia. Roję sobie wizje o prostym życiu, gdzie na śniadanie są świeże warzywa, a do snu koi szum drzew i otumanienie świeżym powietrzem. Śnię o mieszkaniu w mieście portowym, gdzie wszędzie mogę dostać się na rowerze, a kultura jest dla wszystkich. Byciu częścią wielkiej pulsującej komórki, społeczności która mimo wielowarstwowego pluralizmu spotyka się u stóp hierarchii wartości, bo chce się dzielić, współżyć i kreować własne realia. Chcę siedzieć przy stole pełnym przyjaciół w przysłowiowe czwartkowe obiady, wspominać z nimi miniony czas i planować to, co przed nami. To dużo drobnych, zwyczajnych marzeń. To są chyba plany. A jeśli przywołać się do nieporządku i nieograniczoności to marzę o tym, by jeździć konno. Wybrać się w podróż w siodle po terenach Wielkiego Stepu. Polecieć do Iranu, Mongolii, Peru, na Islandię i Filipiny. Doświadczyć nocy na pustyni i stanąć przy kraterze wulkanu. Chciałabym też tworzyć muzykę, grać znów na gitarze, nauczyć się śpiewać. Udać się na studia reżyserskie, zająć się fotografią w zaciszu własnej ciemni. Zamieszkać na parę chwil w Łodzi, Edynburgu, Berlinie, na południu Francji, kiedyś jeszcze śnił mi się Wiedeń. I najgłupsze, najbardziej wstydliwe. Być tą kobietą, która wchodzi do pomieszczenia i przyciąga wzrok. Nie dlatego, że jest piękna, a dlatego, że jest zjawiskiem. Ma własny unikalny styl, który nie idzie w parze z trendami a jest ponadczasowy. W rozciągniętych swetrach i za długich marynarkach wygląda kobieco, a dziadkowe płaszcze dodają jej uroku i siły. Często zapominam o tym, jaka być chcę i godzę się na bylejakość. Nie dbam o siebie, żałuję sobie. Chciałabym wyzbyć się tego skąpstwa w stosunku do siebie.
Boję się wszelkiego rodzaju ograniczoności. Paradoksalnie z biegiem lat sama siebie wkładam w kolejne pudełka i grożę palcem "tego nie wolno, to nie wypada". Truchleję przed płynącym czasem. Niegdyś napawał mnie entuzjazmem, teraz raczej przyprawia o mdłości i przerażenie. Boję się zniknąć, skończyć się. Często marnuję czas, bo poczucie mam, że brak mi sił i pomysłu. A potem mrozi mnie ten lęk, że to wszystko mija, a ja jestem w jednym punkcie. Boję się tych wszystkich książek, których nie przeczytam, tych pięknych dźwięków, których nie odtworzę, tych ludzi, których mogłabym kochać, a nigdy nie poznam. Jestem w strachu wobec wszystkich niewykorzystanych okazji i bezdennej pustki, które pewnie nawiedzą moją starość. Starości się boję, właśnie. I tego, że wcale nie będę mądra, jak przystało na wiekowych ludzi, tylko krucha i zalękniona. Ukochałam sobie absolut w młodości, dlatego też przeraża mnie próżnia.
Gdyby poszukać mocnych stron w odmętach mojej osobowości, to byłyby refleksyjność, wrażliwość, poczucie estetyki i dojmująca empatia. Jest osobliwym tak pisać o sobie, ale przyznać muszę, że należę do ludzi kreatywnych, postrzegam świat jako wiązkę barw, dźwięków i symetrii. Moje oko jest wrażliwe na piękno. Wiem też, że potrafię stworzyć taką atmosferę przy drugim człowieku, że ten potrafi się otworzyć i widzieć rzeczy takimi, jakie są. Umiem w człowieku zaszczepić wiarę w życie. Ironiczne to, zważając, że sama wielokrotnie gubię sens. Do słabych stron natomiast należy jakiś rodzaj sztywności nie do przeskoczenia, który sprawia, że trudno mi przymknąć oko na parę rzeczy. Chyba bywam bezkompromisowa, lubię jasne sytuacje, trudno mi odpuścić. Do słabości moich można zaliczyć lęk przed ekspozycją społeczną, trochę jestem taki taki dzikus i odludek, co we współczesności jest niemile widziane. Często też nie wierzę w siebie. I nawet jeśli wiem, że demonizuję sprawę i jest to bezpodstawne, to nie umiem zatrzymać rysujących się katastrof w mojej głowie. Potem zawstydza mnie własna zachowawczość a jeszcze bardziej żenuje kolejne wycofanie się z sytuacji, zamiast złapania byka za rogi. Przecież to potrafię.
kortez - pocztówka z kosmosu
A kiedy jestem szczęśliwa? To zapytanie, ciężkie jak wieloryb, muszę w sobie jeszcze ponosić. Może zakwitnie na wiosnę. Teraz jestem już zmęczona. To było jak spowiedź.
Nie umiem odpowiedzieć, co jest dla mnie najważniejsze w życiu. To takie nieuchwytne. Niektórzy wykrzykują: rodzina! sukces! pieniądze!, a ja chyba tego nie czuję. Coś mi cicho podpowiada, że prawda jest kluczowa. Prawda zawsze się obroni. To według niej próbuję żyć, brać na klatę trudną rzeczywistość, nie ułatwiać ani gmatwać kłamstwem. Mierzi mnie sztuczna szczęśliwość, wolę brutalne w szczerości cierpienie. Jestem sceptyczna, może zdystansowana. Na pewno nie naiwna. Z drugiej strony ufam mocno drugiej istocie w jej człowieczeństwo widząc zarazem te wszystkie nasze niedoskonałości. Gdyby ktoś powiedział, że to żadna odpowiedź, nic konkretnego, to lepiej gdy ujmę to tak: najbardziej decydujące w życiu jest bycie w zgodzie ze sobą. I najważniejsi są przyjaciele.
O czym marzę? Jeszcze parę jesieni temu śniłam na jawie o jakiejś mojej utajonej niesamowitości. Dojrzewałam w przekonaniu, że zrobię w życiu coś wielkiego, niezwyczajnego, osiągnę jakieś monumentalne góry, coś odkryję, stworzę majstersztyk, albo ocalę kilka żyć. Teraz oswajam się z myślą, że moje życie jest najzwyczajniejsze z możliwych. Nic wielkiego. Zwyczajne szaleństwo. Poczucie mam również, że najbardziej intensywny, twórczy i zjawiskowy czas już minął. Gdy tętniłam życiem, byłam bezkompromisowa, odważna w sięganiu po to, czego pragnę. Teraz więcej się zastanawiam, wspominam, myślę. Czasami wydaje mi się, że to funkcja liniowa i coraz bardziej będzie tak, że moje życie będzie składało się ze zmarnowanych szans, zamiast rzucania się w nieznane. Więc o czym śnię? Marzę o ponownej wolności - odległych i bezterminowych podróżach, wyzwoleniu się z pędu w którym każdy kolekcjonuje dyplomy, certyfikaty, doświadczenia. Roję sobie wizje o prostym życiu, gdzie na śniadanie są świeże warzywa, a do snu koi szum drzew i otumanienie świeżym powietrzem. Śnię o mieszkaniu w mieście portowym, gdzie wszędzie mogę dostać się na rowerze, a kultura jest dla wszystkich. Byciu częścią wielkiej pulsującej komórki, społeczności która mimo wielowarstwowego pluralizmu spotyka się u stóp hierarchii wartości, bo chce się dzielić, współżyć i kreować własne realia. Chcę siedzieć przy stole pełnym przyjaciół w przysłowiowe czwartkowe obiady, wspominać z nimi miniony czas i planować to, co przed nami. To dużo drobnych, zwyczajnych marzeń. To są chyba plany. A jeśli przywołać się do nieporządku i nieograniczoności to marzę o tym, by jeździć konno. Wybrać się w podróż w siodle po terenach Wielkiego Stepu. Polecieć do Iranu, Mongolii, Peru, na Islandię i Filipiny. Doświadczyć nocy na pustyni i stanąć przy kraterze wulkanu. Chciałabym też tworzyć muzykę, grać znów na gitarze, nauczyć się śpiewać. Udać się na studia reżyserskie, zająć się fotografią w zaciszu własnej ciemni. Zamieszkać na parę chwil w Łodzi, Edynburgu, Berlinie, na południu Francji, kiedyś jeszcze śnił mi się Wiedeń. I najgłupsze, najbardziej wstydliwe. Być tą kobietą, która wchodzi do pomieszczenia i przyciąga wzrok. Nie dlatego, że jest piękna, a dlatego, że jest zjawiskiem. Ma własny unikalny styl, który nie idzie w parze z trendami a jest ponadczasowy. W rozciągniętych swetrach i za długich marynarkach wygląda kobieco, a dziadkowe płaszcze dodają jej uroku i siły. Często zapominam o tym, jaka być chcę i godzę się na bylejakość. Nie dbam o siebie, żałuję sobie. Chciałabym wyzbyć się tego skąpstwa w stosunku do siebie.
Boję się wszelkiego rodzaju ograniczoności. Paradoksalnie z biegiem lat sama siebie wkładam w kolejne pudełka i grożę palcem "tego nie wolno, to nie wypada". Truchleję przed płynącym czasem. Niegdyś napawał mnie entuzjazmem, teraz raczej przyprawia o mdłości i przerażenie. Boję się zniknąć, skończyć się. Często marnuję czas, bo poczucie mam, że brak mi sił i pomysłu. A potem mrozi mnie ten lęk, że to wszystko mija, a ja jestem w jednym punkcie. Boję się tych wszystkich książek, których nie przeczytam, tych pięknych dźwięków, których nie odtworzę, tych ludzi, których mogłabym kochać, a nigdy nie poznam. Jestem w strachu wobec wszystkich niewykorzystanych okazji i bezdennej pustki, które pewnie nawiedzą moją starość. Starości się boję, właśnie. I tego, że wcale nie będę mądra, jak przystało na wiekowych ludzi, tylko krucha i zalękniona. Ukochałam sobie absolut w młodości, dlatego też przeraża mnie próżnia.
Gdyby poszukać mocnych stron w odmętach mojej osobowości, to byłyby refleksyjność, wrażliwość, poczucie estetyki i dojmująca empatia. Jest osobliwym tak pisać o sobie, ale przyznać muszę, że należę do ludzi kreatywnych, postrzegam świat jako wiązkę barw, dźwięków i symetrii. Moje oko jest wrażliwe na piękno. Wiem też, że potrafię stworzyć taką atmosferę przy drugim człowieku, że ten potrafi się otworzyć i widzieć rzeczy takimi, jakie są. Umiem w człowieku zaszczepić wiarę w życie. Ironiczne to, zważając, że sama wielokrotnie gubię sens. Do słabych stron natomiast należy jakiś rodzaj sztywności nie do przeskoczenia, który sprawia, że trudno mi przymknąć oko na parę rzeczy. Chyba bywam bezkompromisowa, lubię jasne sytuacje, trudno mi odpuścić. Do słabości moich można zaliczyć lęk przed ekspozycją społeczną, trochę jestem taki taki dzikus i odludek, co we współczesności jest niemile widziane. Często też nie wierzę w siebie. I nawet jeśli wiem, że demonizuję sprawę i jest to bezpodstawne, to nie umiem zatrzymać rysujących się katastrof w mojej głowie. Potem zawstydza mnie własna zachowawczość a jeszcze bardziej żenuje kolejne wycofanie się z sytuacji, zamiast złapania byka za rogi. Przecież to potrafię.
kortez - pocztówka z kosmosu
A kiedy jestem szczęśliwa? To zapytanie, ciężkie jak wieloryb, muszę w sobie jeszcze ponosić. Może zakwitnie na wiosnę. Teraz jestem już zmęczona. To było jak spowiedź.
Komentarze
Prześlij komentarz